zaloguj się
Dostępność
  • Wyślij znajomemu
    zamknij [x]

    Wiadomość została wysłana.

     
    • *
    • *
    •  
    • Pola oznaczone * są wymagane.
  • Wersja do druku
  • -AA+A

„Kultura jest wspaniałą jednością” – wywiadl z jurorem festiwalu „Człowiek w Zagrożeniu”

13:21, 02.11.2009

Z Bolesławem Błaszczykiem rozmawia Agnieszka Sowała.


Podziel się:   Więcej

P: Będzie Pan w listopadzie jednym z jurorów Festiwalu mediów „Człowiek w Zagrożeniu”. Czy to pierwszy Pana kontakt z tym Festiwalem czy miał Pan może już wcześniej okazję się z nim zetknąć? I jak to się stało, że zaangażował się Pan akurat w to wydarzenie?

B.B: Nie byłem jak dotąd nigdy jurorem Festiwalu „Człowiek w Zagrożeniu”, byłem jedynie jurorem festiwali kabaretowych a zatem troszeczkę jak gdyby w innej specjalności. I rzeczywiście, mam ogromny honor i przyjemność być tutaj w Łodzi w tym roku i móc wziąć udział w zbliżającym się Festiwalu. Wynika to również z mojej dość irracjonalnej chyba miłości do tego miasta, przyjaźni z Łodzianami, wśród których są np. Andrzej Poniedzielski, wspaniałych osobach z Muzeum Kinematografii, które kochają Pana Eugeniusza Rudnika, którego ja również bardzo kocham (uśmiech). Akurat tak się złożyło, że kilka lat temu zająłem się jego twórczością. Zrobiłem monografię jego twórczości, krótki film o nim. Eugeniusz Rudnik był wcześniej związany z Festiwalem, brał w nim udział i jako uczestnik i jako juror. W ten oto sposób znalazłem się tutaj ja. Zostałem zaproszony i nie ukrywam, że mam wielką tremę. Głównie ze względu na to, że słucham reportaży i oglądam dokumenty, jednak oceniam je tylko i wyłącznie dla samego siebie, we własnym sercu. Natomiast wydawanie tak ważnego werdyktu jest zupełnie inną sprawą. Z niewielkiego doświadczenia, które mam, wiem, że łączy się to zwykle z bardzo trudnymi decyzjami. Jednak Festiwal z nagrodami nie polega przecież wyłącznie na ich rozdawaniu, ale na stworzeniu warunków, które sprawiają, że coś niezwykłego przez tych kilka dni może zaistnieć.

P: W związku z tym, że jest to Pana pierwszy Festiwal, czy ma Pan jakieś oczekiwania, wyobrażenia na temat tego co będzie się działo w jego trakcie? Czy spodziewa się Pan jakichś konkretnych filmów?

B.B.: Wydaje mi się, że jest sporo ludzi, którzy robią fantastyczne rzeczy w dziedzinie dokumentu, tyle, że pozostają oni w jakimś cieniu. Słyszy się narzekania, że mało jest twórczości dokumentalnej czy publicystycznej na dobrym poziomie. Że zalewa nas bardzo masowa, tandetna dokumentalistyka, żerująca na ludzkim pragnieniu sensacji czy skłonności do podglądania, wzorowana może na produkcji anten komercyjnych. Natomiast jestem przekonany, że na tym festiwalu znajdą się pozycje, które będą potrafiły, również w wysublimowany sposób, pokazać nawet wstrząsające aspekty ludzkiego życia. Mam nadzieję, że znajdę tam również pewien artyzm. Choć do końca nie wiemy przecież czym on jest. Jednak jeśli coś nas naprawdę porusza, to tylko dlatego, że w bardzo delikatny sposób wpływa na nasz sposób pojmowania świata i liczę na to, że takich utworów będzie jak najwięcej.
P: Czy w ostatnim czasie odnalazł Pan pośród rzeszy polskich dokumentów właśnie takie pozycje?

B.B.: Oczywiście, podobał mi się reportaż Henryka Dedo i Waldemara Kasperczaka „Adwokat ulicy”o kanadyjskim społeczniku polskiego pochodzenia. Bardzo poruszył mnie „Serce Jannat” Marzeny Wróbel, o akcji przeszczepu serca irackiej dziewczynce. Obydwa radiowe reportaże pochodzą z zeszłego roku. W tym roku zgłoszonych pozycji jest dużo więcej niż w poprzednim, dotyczy to także filmów. Odnośnie pytania czego oczekuję, to z pewnością wiąże się to z tkwiącymi we mnie ideałami filmowymi.

P: No właśnie, a jak wyglądają te Pańskie filmowe czy też szerzej, artystyczne, ideały?

B.B.: Sięgnę do dzieciństwa. Wcześnie zacząłem poznawać tą „trudniejszą” twórczość – dokumentalną, krótkometrażową. Mama zabierała mnie do warszawskiego Kina „Non stop”. Było to bardzo małe, studyjne kino usytuowane bardzo blisko Kina „Atlantic”. W 1981 roku zmieniło nazwę na „Non stop inaczej”, w związku z tym, ze zaczęto w nim pokazywać filmy zdjęte z półek, te które leżały w magazynach zatrzymane przez cenzurę. Moja mama, pracowała w dość opresyjnej instytucji, natomiast, mam nadzieję że mogę o tym już otwarcie mówić, była „wtyczką” opozycji. Może brzmi to dość górnolotnie i wymagałoby większych wyjaśnień, ale poprzestańmy na tym. Chodzi o to, że miała ona dużą świadomość na temat tego co się działo i wszystko mi tłumaczyła. Na etapie szkoły średniej zacząłem sam odwiedzać kina studyjne. Kino Kultura prezentowało np. w 1986 roku panoramę szwedzkiego kina niezależnego. Zafascynował mnie wówczas Stefan Jarl. Jest on autorem sagi o hipisach sztokholmskich, o młodzieży miejskiej i jej niezwykle burzliwym życiu. (Obecnie dzieło znane jest jako ” Mods Trilogie”). To częściowo inscenizowany dokument, który „ciągnie” się od 1969 roku aż po lata 90-te. Wówczas, gdy oglądałem jego część, Jarl był w połowie projektu. W Szwecji spotkałem się z Jarlem, poświęcił mi kilka chwil, byłem szczęśliwy. W związku z tym, że jako muzyk dużo czasu spędzam na wyjazdach, wolne chwile wykorzystuję na swoje pasje. Grzebię w archiwach, chodzę po galeriach. W 1997 roku na Documenta w Kassel natrafiłem na film „Dial H-I-S-T-O-R-Y” Johanna Grimonpreza, będący, wstrząsającym, fantasmagorycznym montażem fragmentów kronik filmowych, przekazów telewizyjnych, zapisów z kamer przemysłowych itp. Autor poświęcił film historii porwań samolotów i sposobem relacjonowania aktów terroru przez media. W późniejszych opiniach krytyków sztuki, dzieło to antycypowało wydarzenia z 11 września 2001 roku. I ja jestem wyznawcą takiego zjawiska, które określam jako profetyczne funkcje sztuki, czyli wierzę w to, że sztuka może mieć pewne cechy proroctwa. Czyli artyści czasami odbierają na tych falach, które są najmniej postrzegane i potrafią tym samym przewidzieć nawet w jakimś tam sensie przyszłość. I myślę, że to rzeczywiście był jeden z tych przykładów. Wspaniałym odkryciem stało się dla mnie kino Niemca Haruna Farockiego. Wim Wenders ma w swym dorobku szereg niezwykłych, wizjonerskich dokumentów. Ja mogę oczywiście bez końca wymieniać te swoje filmowe wzory.
P: To zupełnie nie dziwi. Jest Pan człowiekiem bardzo wszechstronnym co jest widoczne w Pana działalności zawodowej. Domyślam się zatem, że na typowym filmie te Pańskie inspiracje się nie kończą…

B.B.: Owszem. Do tego dochodzi jeszcze cała historia związana z kinem niezależnym, z performance’em filmowym. Józef Robakowski, Zygmunt Rytka, Wojciech Bruszewski, Zofia Kulik i Przemysław Kwiek i wielu innych, są to twórcy, których w ogóle nie jest w stanie postrzegać krytyka filmowa, bo też zakresem ich działania jest inna domena sztuki. Natomiast ich performances do kamery czy konceptualne rejestracje stanów, wydarzeń czy miejsc, zdecydowanie wyczerpują, czasem nawet w nadmiarze, cechy dokumentalnego zapisu. Osobiście nie wymagam publicystyki od filmu, nie musi stanowić on jakiejś interwencji społecznej, czy obyczajowej. Człowiek jest w zagrożeniu na każdym kroku, choćby zagrożeniu, ze nie dostrzeże czegoś istotnie pięknego Oczekuję natomiast ciekawego spojrzenia, oglądu rzeczywistości. Oczywiście skrajnym przykładem jest tu kino strukturalne, lub wielogodzinne filmy Andy Warhola, których oglądanie fundowałem sobie także we wczesnej młodości. Chodzi chyba o coś, co jest w stanie zmienić nasz sposób patrzenia na świat choćby przez chwilę. To jest zdecydowanie wartość.
P: To Pańskie szerokie spojrzenie jest również widoczne na gruncie działalności muzycznej. Widzimy to dokładnie np. zestawiając Pana działania na gruncie muzyki klasycznej, chociażby ze wspólnymi projektami z Dezerterem czy Kryzysem. Nie jest to chyba typowy zakres działania dla muzyka klasycznego?

B.B.: Gram w kwartecie smyczkowym Grupa MoCarta, którego osią działalności jest właśnie przełamywanie stereotypów, dotyczących na przykład nużącego wizerunku śmiertelnie poważnego muzyka klasycznego. Coraz więcej muzyków sięga po inspiracje spoza „swojego” terenu. Rzeczywiście zawsze „ciągnęło” mnie w stronę kultury niezależnej. Pomimo tego, że byłem przykładnym uczniem klasy wiolonczeli, najpierw szkoły podstawowej, później średniej a następnie Akademii Muzycznej a także studentem Akademii Teologii Katolickiej gdzie ukończyłem muzykologię, chodziłem wciąż na punkowe i awangardowe koncerty, przyjaźniłem się z muzykami z tego kręgu, miałem kolegów w Szkolnym Ośrodku Socjoterapii, wśród których byli członkowie radykalnej grupy twórczej Praffdata. Siła estetyki i ekspresji twórczości tych buntowników dawała się porównać z siłą Szostakowicza, Xenakisa, Cage’a, żeby sięgnąć do znanego mi podwórka muzyki współczesnej. Lubię po dziś dzień grać z nieprofesjonalistami, którzy bywają cudownie nieobliczalni.W latach 80-tych, kiedy dorastałem, ruch alternatywny był też frontem walki o niezależność, azylem chroniącym od przemocy ideologicznej. Ja słuchałem utworów Dezertera jako nastolatek, później opracowałem je na wiolonczelę i fortepian, a także na kwartet smyczkowy i wykonywałem na koncertach, m.in.w Centrum Sztuki Współczesnej. Frontman, gitarzysta i kompozytor utworów Dezertera „Robal” Robert Matera, zgodził się muzykować z nami i nasz wspólny projekt pod kryptonimem 13/12 pojawił się m.in. w teatrze Rozmaitości. Robert, co ciekawe, ukończył filozofię także na ATK… W międzyczasie spotkałem się również z Maciejem Góralskim członkiem Kryzysu od lat 70-tych. Z Marcinem Świetlickim w roli wokalisty nagraliśmy utwory tej niezapomnianej pionierskiej grupy. Gdzieś zatem musiała się pojawić współpraca ze Świetlikami, zespołem sławnego poety. Koledzy z Grupy MoCarta zgodzili się na udział we wspólnych nagraniach. Tak narodził się m.in. utwór „Filandia”, w którym Bogusław Linda, nieco „przydymiony” naszymi smyczkami, recytuje poezję Świetlickiego. Jak więc widać, spędzam życie na godzeniu wody z ogniem, a raczej na łamaniu (smyczkiem) różnych kulturowych stref tabu. Poznałem przy tym twórców niezależnych, którzy nieraz całe niemal życie spędzili w „podziemiu” .” Amok” - Andrzej Turczynowicz, „Krokodyl” - Jacek Malicki, „Uli” Ulrich Rehberg – hamburski producent muzycznej awangardy, właściciel autentycznie podziemnego sklepu z płytami i fanzinami z całego świata – to tylko niektórzy z nich. Te „strefy zakazane”, nazywane czasem mylnie subkulturą, lub kontrkulturą, dokumentował doskonale Andrzej Titkow, który nakręcił kilka filmów o tzw. kulturze niezależnej. Dziś ciągle czekam na dokumenty traktujące o wspomnianych zjawiskach, choć twierdzę, że najciekawsze czasy kultura „off” ma już za sobą.
P: Jak widać nie jest Pan zatem twórcą ograniczającym się do jednego gatunku muzycznego.

B.B.: Kultura jest jednością. Ma nieprzebraną gamę odcieni. Ale środowiska kultury niezależnej czy też kultury nazwijmy to nieprofesjonalnej, często nie wiedzą o tym, że zawodowcy czy też tzw. akademicy, funkcjonują nierzadko w bardzo podobnych estetykach, mają zbliżone środki wyrazu, nawet estetyczne cele, tylko że o sobie nawzajem nie wiedząc, odkrywają tę samą „Amerykę”, każdy na swój sposób. Czasem jest to naprawdę zabawne. Kilka lat temu, muzyczny dziennikarz Polskiego Radia – znakomity znawca muzyki współczesnej, przemiła skądinąd znajoma osoba, zachwycał się swoim odkryciem muzyki postindustrialnej, podczas gdy gatunek ten egzystuje w kulturze undergroundu od ponad 30 lat. Fascynuje mnie, że różne światy funkcjonują niezależnie. Szukam tych styków pomiędzy nimi i rozmaitych niedopowiedzeń także w kinie.To są bardzo piękne i chyba niedocenione byty kultury.

P: Zgłębia Pan styki kultur, ale na tym chyba nie koniec?

B.B.: Interesują mnie również rzeczy w kulturze zapomniane, zagubione. Zetknąłem się np. ostatnio z Zespołem „Grupa w składzie”. Zespół ten istniał na przełomie lat 70. Funkcjonowali w nim m.in. Jacek Malicki oraz Milo Kurtis, przy czym ten drugi jest z pewnością bardziej znany. Natomiast Jacek Malicki cały czas pozostaje w cieniu, żyje sobie w domu w Podkowie Leśnej, który to dom był jedną z pierwszych w Polsce komun hipisowskich. Z komuny nic nie zostało, został tylko Malicki, który nadal cały czas tworzy. Maluje, gra na gitarze. Przy czym jest on, jak to się ładnie mówi, kompletnym autodydaktą w dziedzinie muzyki. Próbuję utrwalać sylwetki artystów, nie funkcjonujących w oficjalnych strukturach sztuki, ocalać je od zapomnienia. Tak właśnie było w przypadku mojego filmu dotyczącego Eugeniusza Rudnika, ponieważ obchodzący 75-lecie twórca polskiej szkoły muzyki elektronicznej, twórca ponad stu realizacji filmowych i teatralnych, pozostawał w kinie nieudokumentowany. Ogromnym nakładem sił udało nam się przy finansowym wsparciu Polskiego Radia i prywatnych inwestorów wydać w tym roku czteropłytowy album Eugeniusza Rudnika. Od lat 60-tych jego utwory ukazywały się w USA, we Francji, Skandynawii natomiast w Polsce, w przeciągu pięćdziesięciu lat wydano na płytach dwa utwory. Teraz jednak klimat wokół archiwalnych skarbów zmienia się dzięki takim instytucjom jak Polski Instytut Sztuki Audiowizualnej, czy wydawnictwo i działania programowe Telewizji Kino Polska.
P: A zatem dokumentuje Pan i zgłębia wspólne punkty różnych estetyk, uwiecznia twórców nie do końca docenionych czy też odchodzących w zapomnienie. Czy jest jeszcze coś co pociąga Pana w filmie i szerzej pojętej sztuce?

B.B.: Aspektem, który również bardzo mnie pociąga i myślę, ze warto żeby twórcy wracali ciągle do tej kwestii, jest funkcja manipulacyjna filmu. Myślę, że każdy adept szkoły filmowej, jak też świadomy amator kina zdaje sobie z niej sprawę. Wspaniałym przykładem, jest film Marcela Łozińskiego „Ćwiczenia warsztatowe” ( w domyśle – z manipulacji) . Dla mnie najważniejszą cechą takich filmów i takiej sztuki jest funkcja demaskująca, demistyfikująca oficjalną propagandę. Na polu muzyki bezsprzecznym liderem i prekursorem w demaskowaniu mechanizmów manipulacji i propagandy jest od lat słoweńska grupa Laibach, na której pierwszym koncercie w Polsce byłem – a działo się to w 1983 roku! Laibach a także ruch Neue Slowenische Kunst, do którego przynależy zespół, ukazuje swoisty pop-kulturowy totalitaryzm, którego wszyscy jesteśmy świadkami. Zatem wszelkie prowokacyjne formy sztuki są mi bardzo bliskie. Wszyscy wiemy, że telewizje i radia publiczne w różnych krajach bywają tubami propagandowymi partii rządzących. To też są bardzo ciekawe tematy, ponieważ funkcja tej tuby ewokuje znowu jakąś estetykę. Najczęściej bardzo kiepską i kiczowatą. Mam nadzieję, że jest więcej osób patrzących na rzeczywistość i sztukę podobnie jak ja.

P: Jestem pewna, że tak jest. Wróćmy może jednak trochę bezpośrednio do dokumentu. Robił Pan muzykę do programów telewizyjnych, do dokumentów. O ile jednak ciężko sobie w większości przypadków wyobrazić filmy fabularne bez muzyki, o tyle rola muzyki w dokumencie jest jednak troszkę chyba inna i sytuacja powiązania muzyki i dokumentu jest bardziej skomplikowana. Stąd moje pytanie, jak Pan postrzega rolę muzyki w dokumencie właśnie? Czy jest ona płaszczyzną niezbędną do funkcjonowania dokumentu i jak spełnia się w tym gatunku filmowym?

B.B: Tak się właśnie składa, że im dłużej żyję, tym mam większą świadomość, że im mniej muzyki w filmie tym lepiej, bo im jest oszczędniej tym jest ciekawiej. Najlepiej jest właśnie pobudzić wyobraźnię widza, dotknąć jedynie jego czułego punktu i odpuścić. Ale to jest bardzo ogólna odpowiedź na to pytanie. Muszę przyznać, że o dziwo najlepiej funkcjonują struktury dźwiękowe dobrane na zasadzie pierwszego skojarzenia lub …przypadku. Proces redukcji dźwięku, redukcji źródeł, tematów, motywów, wydaje mi się być charakterystyczny właśnie dla rozwoju dobrego filmowca. Tym samym, im bardziej doświadczony twórca, tym więcej dobrego, właściwego dźwięku. Ja niestety sam popełniam grzech nadmiaru, ciężko mi jest zawsze podjąć bolesne decyzje chirurgicznych cięć w nagranym materiale. Zdaje się jednak, że w tym aspekcie reprezentuję większość…

Dziękuję bardzo za rozmowę i do zobaczenia na Festiwalu.
Łódź, 06 wrzesień 2009.