• Wyślij znajomemu
    zamknij [x]

    Wiadomość została wysłana.

     
    • *
    • *
    •  
    • Pola oznaczone * są wymagane.
  • Wersja do druku
  • -AA+A

Po co nam Grunwald?: „Wiadomości Historyczne”

13:30, 25.05.2010
Po co nam Grunwald?: „Wiadomości Historyczne”

Emil Karewicz jako król Jagiełło w filmie „Krzyżacy” Aleksandra Forda 1960
Emil Karewicz jako król Jagiełło w filmie „Krzyżacy” Aleksandra Forda 1960

Podziel się:   Więcej
Film potrzebny wszystkim

Tymczasem w 1960 roku Krzyżacy byli potrzebni wszystkim. Widzowie, po smucie socrealistycznej agitacji początku piątej dekady, z entuzjazmem przyjęli spektakularną ekranizację powieści Sienkiewicza. Dowodem tego zainteresowania były tysiące listów do Wytwórni Filmowej w Łodzi, ukazujących oczekiwania i marzenia mas.

Aleksandrowi Fordowi marzyło się odzyskanie, nadwerężonej sukcesami młodego Andrzeja Wajdy, pozycji reżysera. Urodzony jako Mosze Lifszyc przygodę z kamerą rozpoczął jako dokumentalista jeszcze w roku 1929. W latach 1940–1943 kręcił filmy szkoleniowe dla ZSRR, później był kierownikiem Czołówki Filmowej przy I Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Nakręceniem w trzy lata po zakończeniu wojny Ulicy Granicznej rozpoczął kolejny etap swojej twórczości. Był już wtedy wykładowcą w łódzkiej Filmówce, a do 1956 roku piastował nawet godność dziekana Wydziału Reżyserii tej uczelni. W czas odwilży próbował się wpisać śmiałym – i niedopuszczonym do kin – Ósmym dniem tygodnia. Ekranizując Sienkiewicza, liczył już tylko na sukces i chyba świadomie robił artystyczny krok wstecz.

Największe oczekiwania wobec filmu miał jednak Władysław Gomułka, a wraz z nim cały Komitet Centralny. Towarzysz Wiesław mocno przeżył to, że kanclerz Adenauer został w 1957 r. honorowym rycerzem i udzielił audiencji ówczesnemu Wielkiemu Mistrzowi ubranemu w …tradycyjny płaszcz z czarnym krzyżem. Antyniemiecki wydźwięk zarówno powieści, jak i jej ekranizacji były w oczach pierwszego sekretarza darem z niebios i idealnym komentarzem do (wyolbrzymianych zresztą) rewizjonistycznych tendencji rodzących się wtedy w Republice Federalnej. Wielce zatem prawdopodobne, że władze ingerowały w treść materiałów reklamowych filmu. Można w nich znaleźć perły propagandy: „Gdy oglądamy film Forda, mimo woli przychodzą na myśl czerwone i biało-czerwone sztandary na gruzach hitlerowskiego Berlina”. Pośrednio potwierdzał to scenarzysta obrazu, Jerzy Stefan Stawiński, wspominając po latach: „Peerelowska propaganda lubiła ten film, ponieważ bardzo łatwo można było uczynić z niego film antyniemiecki”. Nie wolno bagatelizować faktu, że ulubioną figurą retoryczną Gomułki byli wtedy Hupka i Czaja. Niesłychanie łatwo dawało się postawić znak równości między rycerzami w białych płaszczach a Niemcami, bo w chwili premiery Krzyżaków od zakończenia wojny minęło ledwo piętnaście lat.

Zdjęcia do filmu rozpoczęły się 3 sierpnia 1959 roku. W malowniczych plenerach okolic Malborka i Stargardu Gdańskiego rozłożyło się filmowe miasteczko z tysiącem statystów i blisko 300 końmi. Na potrzeby filmu kupiono pierwsze w Polsce szerokokątne obiektywy. Dla uniknięcia jakiegokolwiek niemieckiego udziału w procesie produkcji, zamiast standardowej Agfy korzystano z taśm Eastmana. Jeśli wierzyć wspomnieniom ludności okolicznych wsi, realizacja filmu była tak wielką atrakcją, że bez szemrania godzili się ponosić osobiste straty. Pewien rolnik na przykład skosił całe zboże, bo było to niezbędne do tylko jednego ujęcia, a mieszkańcy Tczewa kilka dni żyli bez prądu, gdy ścięto słup wysokiego napięcia na wzgórzu, z którego Emil Karewicz miał prowadzić bitwę. Wyczynem było ukończenie filmu w niespełna półtora roku od momentu napisania scenariusza – sam skrypt powstał w dwa tygodnie. Co ciekawe, dialogi były dziełem wspominanego już Stawińskiego, w czołówce występuje zaś członek KC, Leon Kruczkowski. Dziesiątki konsultantów retuszowały zaś literacki obraz wydarzeń i postaci.

Tej korekcie poddano przede wszystkim powieściowy wizerunek Jagiełły. Na jego ekranizacyjnej rehabilitacji zyskała poetyka filmu, opiewającego polską mądrość i odwagę. Niezwykle obszerny materiał literacki wymagał też – z konieczności – selekcji. Na pierwszy plan wysunięto losy Juranda, niepokojonego przez Krzyżaków ze Szczytna, którym przewodził sadystyczny de Löwe. Równolegle poprowadzono trójkąt romansowy między Zbyszkiem, Danuśką i Jagienką. Punkt kulminacyjny stanowił rozciągnięty ponad miarę Grunwald. Prapremiera odbyła się 15 lipca 1960, dokładnie w 550. rocznicę bitwy. Dotrzymanie terminu miało wprawdzie wymowę symboliczną, ale na recenzentach nie robiło to wielkiego wrażenia. Jedni widzieli w obrazie, zrealizowanym w nowatorskiej jak na polskie realia technice panoramicznej, sukces rodzimej kinematografii, inni – i ci byli w większości – wytykali brak szerokiego spojrzenia na zderzenie nie tylko dwóch sił politycznych, ale i dwóch kultur. Film był nawet polskim kandydatem do Oscara, lecz (co specjalnie nie dziwi) nominacji nie uzyskał.

Scena finałowa z filmu A. Wajdy „Krajobraz po bitwie” 1970
Tymczasem nie bacząc na zdanie krytyków i grymasy Akademii Filmowej, publiczność ledwo mieściła się w kinach. Podczas czterech pierwszych miesięcy wyświetlania obejrzało go 5 milionów widzów! W 1960 roku nie można było żyć w Polsce i nie obejrzeć Krzyżaków... przynajmniej statystycznie. Obraz zgromadził bowiem przed ekranami 32 miliony widzów, czyli więcej niż wówczas liczyła ludność naszego kraju. Kosztem 32 milionów ówczesnych złotych na 40 kilometrach dewizowej taśmy zapisane zostało największe przedsięwzięcie filmowe końca lat 50. Entuzjazm ten podzielał także Władysław Gomułka, który wyobrażał sobie, że zadał śmiertelny cios rewizjonistycznej polityce Adenauera.

Ford nie przebił wprawdzie bliższego duchowi czasu kina Wajdy, miał jednak pięć minut chwały i właściwie do końca lat 60. uważano go za jednego z wybitniejszych reżyserów. W wyniku nagonki będącej następstwem wydarzeń marcowych został jednak pozbawiony prawa do pełnienia jakiejkolwiek funkcji w kinematografii, co zmusiło go do szukania szczęścia w Izraelu, później Danii, na końcu w Stanach Zjednoczonych, gdzie zginął śmiercią samobójczą.

Jego dzieło żyje, bo to nie film, a triumf nasz, triumf swojski, narodowy. Cóż jednak z niego zostało? Natrętne powtórki w telewizji i dwadzieścia pięć sekund wmontowanych przez grupę Monty Pythona w skecz o chorobie Henry’ego Thripshawa. Obiektywne spojrzenie odsłania bowiem nagość królewskiej superprodukcji: ceremonialność dialogów popadała w deklamację, montaż nie pozbawiony statyczności, muzyka niefunkcjonalna, ileż błędów w rysunku psychologicznym postaci! O ile rekord frekwencyjny Krzyżaków zapisano w annałach kina polskiego, o tyle zegarki na rękach rycerzy i ciężarówki przejeżdżające w tle kadru przeszły do historii gaf rodzimego filmu. Gdy zatem upadła Żelazna Kurtyna i usłyszeliśmy o wynalazku remake’u, tylko kwestią czasu był kolejny pomysł na zdyskontowanie sukcesu obrazu Forda. Filmowcy zrozumieli, że w czasach gospodarki wolnorynkowej przyszła pora na wartką akcję i sceny batalistyczne zrealizowane przy użyciu nowoczesnych technik wizualnych. Że nadszedł czas na zademonstrowanie bardziej wyrazistych postaci kobiecych – Grażyna Staniszewska jako Danusia u Forda była zbyt nijaka, a Jagienka – Urszula Modrzyńska w chwili zdjęć skończyła trzydziestkę, gdy winna być pełną energii i wdzięku nastolatką... Że trzeba odczarować kontekst polityczny rocznicowej ekranizacji, tym razem stawiając na akcję i przyszły zysk.

Każdy licealista wie, że Sienkiewicz to gotowy materiał na scenariusz filmowy. Krzyżacy to podręcznikowy przykład tej tezy – czegoż tu nie ma? Wątek historyczny, obok romansowy, imponujące sceny batalistyczne, dziesiątki barwnych przygód i ogromne pole do popisu dla kostiumologów i scenografów! Rozsądek podpowiada, że nad Wisłą mamy tak wiele bractw rycerskich, że znalezienie chętnych statystów i ich ekwipunku też nie stanowiłoby kłopotu. Nowa ekranizacja mogłaby powtórzyć sukces Walecznego serca, bo jest jedną z nielicznych historii w dziejach naszego narodu, kończących się happy endem. I jak się okazało, powody owe wystarczyły, by na fali sukcesu Ogniem i mieczem zaczęto poważnie myśleć o liftingu Krzyżaków. Trawestując znane porzekadło: gdzie reżyserów sześciu, tam nie ma co oglądać. Ale o tym we właściwym czasie.

Krytyka przedwojennej Polski

„Gorzka ironia Borowskiego była mi tak bliska. Jego opowiadanie mogłem wyobrazić sobie z łatwością również jako część mego życiorysu. Dlatego przy pierwszej nadarzającej się okazji zrobiłem wszystko, aby przenieść Bitwę pod Grunwaldem na ekran” mówił Andrzej Wajda.

Ascetyczna i behawiorystycznie surowa proza autora Pożegnania z Marią w kinie została wzbogacona o tradycyjne wajdowskie romantyczne metafory ze skrzypkiem-chochołem na czele. Całości dopełniały plastycznie wysmakowane, nasycone sepiową jesienią kadry. Wajda znów dał w nich upust swej skłonności do malarskiego wizjonerstwa, znanego choćby z wcześniejszych – jeszcze czarno-białych – Popiołów.

Seans z filmem późniejszego laureata Oscara jasno dowodzi, że reżyser spojrzał na wstrząsający tekst Borowskiego z dystansem. Wybrał tylko niektóre elementy z jego emocjonalnej układanki i zrealizował film o uczuciu, które w literackim pierwowzorze potraktowane zostało marginalnie. Przede wszystkim odmalował poruszający portret człowieka o psychice zniszczonej przez wojnę. Człowieka, który mozolnie i na nowo uczy się abecadła ludzkich uczuć. Trafnie dostrzegł to w „Kulturze” Melchior Wańkowicz: „Jest w filmie pasja, pozornie daleka od społecznych treści. To uścisk miłosny wyzwalających się, bo nie wyzwolonych, chłopca i dziewczyny”.

Akcja obrazu toczy się w byłym obozie koncentracyjnym na terenie Niemiec. Mimo, że został on wyzwolony przez Amerykanów, świat za drutem kolczastym wciąż istnieje, tyle że na nieco innych zasadach – bo nie ma już ani terroru, ani niewolniczej pracy. Zlagrowani jednak tak bardzo przywykli do śmierci, głodu i poniewierki, że nie potrafią się buntować. Wśród niedawnych-obecnych więźniów jest, grany przez Daniela Olbrychskiego Tadek, poch-łaniający książki i piszący wiersze młody Polak. Gdy co chwila wybuchają po gombrowiczowsku odmalowane polityczne kłótnie i odradza się zawiść, on zaczyna wyraźnie stronić od rodaków. Panaceum na ich moralne i ideowe rozprzężenie mają być chętnie oglądane patriotyczne inscenizacje, nazywane przez wszystkich Grunwaldem. Między jednym a drugim seansem narodowej wielkości, największym pragnieniem wszystkich pozostaje jednak najedzenie się do syta.

Gdy nasz bohater, mimo strachu przed normalnym życiem, odnajduje namiastkę dawnych uczuć i zaczyna snuć z poznaną w obozie dziewczyną plany na przyszłość, ta zostaje przypadkowo zastrzelona przez amerykańskiego wartownika. Utwierdza go to w przekonaniu, że życie ludzkie nadal niewiele znaczy. Pozornie bezdusznie stwierdza, że „przez sześć lat strzelali do nas Niemcy, teraz strzeliliście wy, co za różnica”. Po kolejnym bogoojczyźnianym widowisku, wystawionym w rocznicę bitwy pod Grunwaldem, decyduje się na powrót do Polski.

Rzeczywistość w filmie Wajdy jest więc chaosem, bolesnym brakiem ładu aksjologicznego i fałszywym tonem rozdźwięku między ludźmi w ich spojrzeniach na świat. Reżyser zwraca jednocześnie uwagę, że wojna dokonała spustoszeń nie tylko w psychice ludzi, ale i w ich wyobraźni symbolicznej, podważając prawo istnienia zbiorowych fetyszy. Należy najpierw zwrócić ludziom ich prawdziwe oblicze, zedrzeć maski bólu i cynizmu, a wtedy i Grunwald odzyska swą historyczną wartość. Jako symbol przestanie towarzyszyć bitwie o puste już wartości. Walce, którą toczą ludzie głęboko poranieni, bo dotknięci prawdą o obozach zagłady.

Były asystent Forda nie lubił pozostawać przez czas dłuższy na sprawdzonych już przez siebie polach i zawsze traktował kino jako wyzwanie. Nie mierzył się dotąd z taką literaturą, ale i tym razem powstał film Wajdy – nie Borowskiego. Niestety „generał Moczar miał już wówczas wszędzie swoich ludzi, a redakcja tygodnika „Ekran” była na jego służbie. Narodowi komuniści znaleźli pole do popisu, manipulując emocjami wokół narodowych świętości zaatakowali nasz film. Zrodzona z głębokiego wewnętrznego rozdarcia krytyka przedwojennej Polski została wystawiona na pastwę łatwych sloganów o patriotyzmie, którego Moczar stał się nagle obrońcą” powie po latach o przyjęciu filmu sam reżyser. Tymczasem niejako wbrew niemu, bo jako aktualny komentarz polityczny, oglądano film na Zachodzie. „W Amerykanach roku 1945 nietrudno dopatrzyć się Rosjan dnia wczorajszego i dzisiejszego: nadal trwa „inwigilowana wolność” Polaków” pisał w 1970 roku Dario Zanelli.

Spadkobierca Grunwaldu

Podczas egzaminu do Wyższej Szkoły Filmowej jako pomysł na fabułę Stanisław Bareja, niemal rówieśnik Wajdy, przedstawił „cykl nowel związanych w końcu z bitwą pod Grunwaldem”. Traf chciał, że motyw ten będzie się przewijał w wielu filmach tego kultowego reżysera. „Staszek miał prawie obsesję na punkcie Grunwaldu, stowarzyszenia o takiej właśnie nazwie, kierowanego przez Bohdana Porębę oraz słynnego obrazu Jana Matejki, którego mała kopia wisi do dzisiaj w moim domu” objaś-nia żona Barei, Hanna. Kiedy w serialu Alternatywy 4 to ogromne płótno jest przenoszone przez klatkę schodową, szemrany cwaniaczek stwierdza przytomnie, że „taka bitwa jest u nas na Targówku u rzeźnika, jak rzucą balerony, tylko że bab jest więcej”. Bitwa, która dla reżysera była totemem narodowym, zostaje więc w filmie wykorzystana jedynie jako tło „kryzysowej” wypowiedzi Balcerka, przedstawiciela lumpenproletariatu, dla którego płótno jest już tylko nieczytelnym tekstem kultury…

Sam obraz odgrywa rolę kpiny z zachcianek i możliwości prymitywnego prominenta, pragnącego mieć w salonie Matejkę. Co ciekawe, autorzy kopii – Jacek Osadowski i Danuta Sewnor – również podeszli do zadania z humorem i na potrzeby serialu wykonali kompilację dzieła Matejki i „Grunwaldu” Wojciecha Kossaka.

Obraz pojawia się także w kilku odcinkach Zmienników – będących po części kontynuacją Alternatyw, dziejącą się w tym samym barejowym uniwersum – wisząc na swym dawnym miejscu, czyli w pustym już teraz mieszkaniu aparatczyka, towarzysza Winnickiego. W Zmiennikach „grają” też inne obrazy Matejki. W pokoju Kasi Pióreckiej wisi „Stańczyk”, a jej matka, pracownica warszawskiego Muzeum Narodowego niemal codziennie „robi na Matejce”.

Bitwa pod Grunwaldem J. Matejki w interpretacji St. Wyspiańskiego.
W serialu nie brak też głębszych aluzji do historycznej bitwy. Obraz to zaszyfrowany ze względu na cenzurę znak – symbol wpływów antysolidarnościowego ugrupowania „Grunwald”. Skrajnie nacjonalistyczne Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald” powstało 8 marca 1981 roku (w rocznicę wydarzeń marca '68) i głosiło faszyzująco-antysemickie poglądy. Jego założycielem był zaciekle szermujący taką retoryką partyjny reżyser Bohdan Poręba, zresztą wielki przeciwnik Barei. Jako członek PZPR nad wyraz często występował on na kolaudacjach przeciwko jego filmom. Szczególnie bezlitośnie obszedł się z Co mi zrobisz jak mnie złapiesz, w którym nawet biegająca po ulicach Warszawy świnia wydała mu się elementem… antynarodowym. Sam obraz zaś w skali od 1 do 25 ocenił na zero i Bareja musiał przerabiać film przez rok. Mówił potem: „Wszystkie kolaudacje przypłacam zdrowiem, bo to nie jest dla mnie głupstwem, ale chyba nie bez powodu jest tak niewielu reżyserów, którzy robią komedie, a ci, którzy je robili, odpadli po pewnym czasie, bo trzeba mieć do tego żelazne zdrowie, i sam pan Poręba wie, bo próbował robić komedię, ale nie dobrnął do jej zakończenia”. Poręba po latach (gdy Bareja osiągnął status twórcy kultowego, a o nim nikt już nie pamiętał) w wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej” komentował to ostrożnie: „Znam filmy Barei o tyle o ile. Raczej mnie nie śmieszą”.

Do powstania jego organizacji Bareja nawiązuje w jednej ze scen Zmienników. Jak przytacza w książce „Miś” Maciej Łuczak, jeden z bohaterów, reżyser Barewicz wygłasza pod adresem swojego przeciwnika zdanie: „Taka zajadłość nie leży w charakterze Polaka i Słowianina w ogólności”. Mówiąc to, wykonuje znamienny gest – przebiera palcami prawej ręki po brodzie, sugerując syjonistyczną zmowę. Skoro Poręba stał na czele „Grunwaldu”, to i film Barewicza musiał nazywać się Spadkobiercy Grunwaldu. Organem stowarzyszenia był propagandowy tygodnik „Rzeczywistość”, który również pojawia się wielokrotnie w serialu, zarówno w oryginale, jak i w postaci periodyku „Rzeczy”, wykorzystywanego do …przemytu heroiny. Bareja czynił zresztą aluzje do osoby Bohdana Poręby już w dwóch poprzednich filmach – w Misiu pojawia się reżyser Bogdan Zagajny (w oryginale był to Bogdan Porębal, jednak cenzura nakazała mu zmianę nazwiska), natomiast w Alternatywach siedziba tajemniczej paramilitarnej organizacji jest wytapetowana plakatami do filmu Psie pole B. Zaręby, członka Zespołu Filmowego „Pole” oraz hasłami „Grunwald – sojusz stuleci Polaków”.

Widać zatem, że losy Barei i, tak cenionego przez niego, Matejki ze względu na społeczną percepcję ich artystycznych dokonań są do siebie stosunkowo podobne. Wydaje się, że łączy ich także zbliżone poczucie humoru: trudno bowiem uwierzyć, by niektóre z postaci sportretowanych w „Bitwie pod Grunwaldem” miały aż sześć palców u ręki przypadkiem. Mistrz Jan przez lata uważany był przez krytyków za twórcę podrzędnego, w najlepszym razie zdolnego wyrobnika, rzemieślnika cieszącego się uznaniem gawiedzi. W końcu jednak jego rehabilitacji dokonał właśnie vox populi. Podobnie w przypadku filmów Barei, które ówcześni uważali za warsztatowo poślednie, w tonie plebejskie, w treści zaś schlebiające najpodlejszym gustom. Po latach sam Andrzej Wajda powie, że to reżyser Misia „miał rację”, nie zaś on i całe kino moralnego niepokoju…

Bitwa trzydziestoletnia

Trudno w to uwierzyć, ale słynąca z dadaistyczno-anarchistycznych wystąpień Łódź Kaliska obchodziła niedawno swe 30-lecie. Taki jubileusz grupy, której działalność wiąże się z podważaniem funkcjonujących we współczesnym życiu artystycznym schematów, przełamywaniem konwenansów i skutecznym zacieraniem granicy między sztuką a życiem jest ewenementem. Przez wszystkie te lata grupa niestrudzenie raczyła nas prowokacjami, bawiła filmem i fotografią, a na dwudzieste urodziny przygotowała fotoinscenizację – parodię „Bitwy pod Grunwaldem” (z trzema Muzami zamiast księcia Witolda) pod barokowym tytułem „Ostatnia bitwa pod Grunwaldem, czyli artystyczne przejście do histerii”. W stanie wojennym Łódź Kaliska związana była z nurtem Kultury Zrzuty (nazwa od … „zrzuty” na alkohol). Od początku jej znakiem rozpoznawczym była kpina z awangardy i mieszczańskiego myślenia. Na plenerze w Osiekach w 1981 roku członkowie grupy zbudowali namiot z folii, tworząc tym samym świątynię Sztuki Żenującej. Marzyła im się sztuka żenująca zarówno odbiorców, jak i samych twórców. Taka była ich reakcja na wojnę polsko-polską, którą fundował Polakom generał. Tak właśnie atakowali napuszone środowisko artystyczne i sztukę konceptualną w jej schyłkowej fazie, według nich nudnej i schematycznej. Wkrótce artyści stali się znani w całej Polsce z pantagruelicznego poczucia humoru i dystansu do rzeczywistości. „Łódź Kaliska posuwa sztukę do przodu” to rysunek z 1983 roku: jurny młodzieniec, traktując dosłownie tytuł dzieła, kopuluje z piękną dziewczyną, która porusza się na cudacznym kołowrotku.

Potem obrali kurs na fotografię. Najsłynniejszym dziełem z tego okresu jest wspomniana już inscenizacja Grunwaldu. Fundamentalną w niej rolę odegrał kierownik artystyczny grupy, Andrzej „Kwiecień” Kwietniewski. To on właśnie przekazał przedstawicielom niemieckiej telewizji dwa nagie miecze z wygrawerowanym napisem (aluzję chyba zrozumieli) „Kunst mit uns”. Podczas samej zaś bitwy przed Galerią Karowa w Warszawie wsławił się wśród wojujących tym, że dzielnie wywijał flagą „Wolność, całość, niepodległość”. Ostateczna odpowiedź na matejkowski oryginał pochodzi z grudniowej inscenizacji w warszawskim Zamku Ujazdowskim z 1999 r. W jej realizacji brało udział aż kilkadziesiąt osób, w tym grupa zaprzyjaźnionych z autorami wojujących artystów z Węgier. Sam obraz zmontowano potem z czterech rejestracji, aby uzyskać odpowiedni, podłużny format.

Artystom przyświecało hasło: „Nasza bitwa pod względem informacyjnym nie różni się niczym od pracy Matejki.” W ich inscenizacji Grunwaldu odbija się zresztą cała filozofia tej twórczości: balansowanie na granicy skandalu (a najczęściej jego świadome wywoływanie), przełamywanie tabu, ale i nieustanna zabawa konwencjami oraz pastiszowe posługiwanie się kliszami kulturowymi. „A do tego obnażanie płycizny polskiego katolicyzmu i poczucia narodowej godności”.

I na tym można zakończyć opowieść o Łodzi Kaliskiej, gdyby nie to, że artystów chyba naszła chwila zwątpienia w sens takiej twórczości. A może raz jeszcze zakpili z „koneserów”, a także z samych siebie? Niedawno zwrócili się bowiem ponownie w stronę własnych prac z lat 90., czyli owych fotograficznych pastiszy Matejki i Boscha. Postanowili je unicestwić, oklejając hasłami: „gówno gówno gówno”, „sorry” i etykietkami „Pasztetu mazowieckiego”. Tak oto Łódź Kaliska dowiodła, że ich bitwa jeszcze niestoczona.

Superprodukcja made in Poland

Medialny (bo nie artystyczny) sukces Ogniem i Mieczem wywołał zawsze popularne w Polsce zjawisko – owczy pęd. Kluczem do sukcesu twórców okazało się masowe filmowanie lektur (Przedwiośnie, Pan Tadeusz, Zemsta), które nie zapewniało recenzenckich gwiazdek, ale widownie pełne szkół i babć. Przy pewnej powściągliwości finansowej i nieco bardziej kameralnemu podejściu do produkcji, tytuły te przyniosły również producentom parę złotych zysku. Pojawili się jednak i tacy, którzy postanowili zaryzykować nakręcenie kolejnej polskiej superprodukcji z prawdziwego zdarzenia.

Oto bowiem na przełomie wieków zrodziła się idea kolejnej ekranizacji Krzyżaków. Tym, którzy nie znają sprawy, wyjaśniam: słowo „ekranizacji” to tym razem dopełniacz liczby mnogiej. Nie dość bowiem na tym, że planowano jednocześnie nakręcić dwie – niezależne! – ekranizacje dzieła Sienkiewicza. Najśmieszniejsze, że w swych epickich założeniach produkcyjnych obie adaptacje miały być właściwie jednakowe.

W 2000 roku wszystkim wydawało się więc, że dojdzie do pojedynku na (zapewne nagie) miecze pomiędzy Bogusławem Lindą a Jarosławem Żamojdą, którzy na wyścigi wyrywali sobie z rąk opasłe dzieło. Obaj, w tym samym czasie, wpadli na pomysł, aby poddać cyfrowemu liftingowi prawie czterdziestoletnią już wtedy celuloidową ramotę. „Najpierw zaczęły się harce medialne, a więc na przykład podawano już obsadę filmów, wymieniano miliony uzbieranych dolarów, a nawet szacowano przyszłe zyski. Żamojda przeszedł do walki wręcz, udając, że kręci już pierwszą scenę. Wyglądała ona tak, że po alejkach wyścigów konnych na Służewcu galopowali czas jakiś jeźdźcy na rumakach” nie bez racji wyzłośliwiał się Zdzisław Pietrasik. Jako kostiumologa Żamojda zaangażował samego Szymona Kobylińskiego, który chyba jako jedyny naprawdę wierzył, że coś powstanie i fal- startem przygotował szereg projektów.

Krzyżacy – mówił Żamojda – mieli być „największą polsko-amerykańską inwestycją w dotychczasowej historii kinematografii” oraz „pierwszym filmem polskim od początku realizowanym z myślą o międzynarodowej dystrybucji”. Trudno jednak było wierzyć jego zapewnieniom o efektach od Lucasa, skoro budżet filmu miał wynosić 5 milionów dolarów. Trudno też nie zapytać, czemu w owym blockbusterze zagrać mieli wyłącznie młodzi aktorzy „o nieznanych twarzach”?

Nad Krzyżakami pracował też inny producent – Marian Terlecki. Początkowo media nawet podawały, że jego projektem była zainteresowana sama Agnieszka Holland. „Reżyserem Krzyżaków będzie Bogusław Linda” – przeciął spekulacje Terlecki.

Nie tylko zatem zapowiadała się superprodukcja, ale zgoła dwie. Tymczasem wieści z pola boju przyszły takie, że ekranizacji w ogóle nie będzie. Po roku „faktów prasowych”, obwieszczających, że obejrzymy wkrótce dwie bitwy pod Grunwaldem, balony pobożnych życzeń pękły. Pomimo zapewnień, że oba budżety są już na etapie domykania, były one bowiem nadal na poziomie wyjściowym. Niestety, a może na nasze szczęście, hojne dotąd banki krajowe, które niefortunnie wsparły uprzednio kilka ekranizacji lektur i zanotowały straty, zauważyły, że wyrzucone przez okno pieniądze nie zawsze wracają drzwiami. Gdyby ktoś zechciał obejrzeć resztki dzieła Żamojdy, to strona www.krzyzacy.interia.pl ciągle każe nam wyczekiwać jego premiery w roku …2002. Kilkakrotnie przekładał on jeszcze rozpoczęcie zdjęć, twardo utrzymując, że film „nadal się robi”. Po kolejnym roku oba projekty zostały ostatecznie odłożone ad calendas Graecas – tym razem bez szumnych konferencji prasowych i dotychczasowej celebry. Producenci i reżyserzy zamilkli, licząc zapewne, że widzowie litościwie o nich zapomną. A jednak rycerze pojawili się na ekranie, choć byli to Krzyżacy z niskobudżetowych komedii, Krzyżacy na miarę czasów, a zatem Krzyżacy po przecenie.

W roku 1409 na obrzeżach państwa zakonnego stał mały i spokojny zamek Bartenstein. Jego mieszkańcami byli Krzyżacy, w rękach których miecze stawały się śmiertelnie niebezpieczne... dla nich samych. Dookoła niego kwitła wioska sprytnych rzemieślników, a w lesie rezydowali polsko-litewscy partyzanci. Afera wybuchła, gdy do zamku przybył goniec z wiadomością od Wielkiego Mistrza, który zechciał skontrolować lochy. Załoga Bartensteinu nigdy jednak specjalnie nie kwapiła się do walki z partyzantami. Miejscowy komtur wpadł więc w panikę, bo w piwnicach nie było żadnych więźniów. Bracia musieli wyruszyć do pobliskiej wsi, by namówić kilku kmiotków do odsiadki w dniu wizyty. Takie było „prawdziwe” tło Grunwaldu opowiedziane w filmie 1409.

Powstał on nakładem sił grupy satyrycznej M3 i niezależnych filmowców-amatorów. Scenariusz spodobał się też zawodowym aktorom. Jako pierwszy zgodził się wystąpić za darmo Jan Machulski, po nim dołączyli następni: Joanna Brodzik, Jan Wieczorkowski i Jerzy Bończak. Niezależ-nie (skąd my to znamy?), acz równolegle wobec 1409, powstawali Kżyrzacy 2, komediowa kontynuacja Krzyżaków Forda. Twórcy obu filmów, wykorzystując rozgłos, jaki towarzyszył sporom między ekipami Lindy i Żamojdy, kręcili więc komedie w stylu Monty Pythona. Był to chyba jedyny dobry skutek zamieszania wokół zawieszonych superprodukcji.

– Wszystko, co dzieje się wokół oficjalnych ekranizacji powieści Sienkiewicza, pachnie paranoją, i to właśnie chcemy pokazać – mówiła Anna Iwaszkiewicz z ITI, producenta Kżyrzaków. A jeden z aktorów, Leon Niemczyk, dodawał chwacko – W Polsce brakuje odwagi w lansowaniu komedii typu pure nonsense.

Akcja Krzyżaków 2 miała się jednak dziać współcześnie, a bohaterowie niekoniecznie mieli przypominać swe literackie pierwowzory. Planowano bowiem nakręcić komedię o średniowieczu – ale umysłowym. Fabularną osnową tego groteskowego portretu współczesnych Polaków miała być wojna z niemieckimi gangami i kontrabanda uprawiana przez grupę „biznesmenów” z Polski pod wodzą Króla. Oto Polacy handlują papierosami „Malborck”, Jagiełło produkuje bimber, Kżyrzacy biegają w białych dresach w czarne paski, a Jagienka od Zbyszka woli... kobiety. Jurand ma sieć „dziupli”, a jego córka Danuśka marzy, by zostać tancerką go-go. Nie dziwi mnie, że przy tak śmiałym scenariuszu – mimo kompletnej obsady i zaawansowanej produkcji – film nie powstał.

Podsumujmy zatem: z czterech planowanych obrazów dziś możemy obejrzeć jeden. Taki, który dopiero kilka lat po zakończeniu produkcji ukazał się od razu na dvd, zbierając zresztą katastrofalne recenzje wśród krytyki i widzów. Mając w pamięci klapę artystyczną i skandal finansowy Quo vadis wypada się cieszyć, że przy tegorocznej, okrągłej rocznicy Grunwaldu nie pojawi się kolejna ekranizacja sienkiewiczowskiej lektury obowiązkowej.

Kup pan… Grunwald

Ubolewa Mirosław Pęczak, socjolog i antropolog kultury: „Kiedyś slogan reklamowy wykorzystywał cytaty literackie, później nawiązywał do kultury popularnej. Dziś nurza się w codzienności pozbawionej intelektualnych odniesień”. A jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku Krzyżacy zabłądzili pod strzechy w reklamie. Zakonnik, posługując się frazą z powieści, ofiarował dwa nagie miecze, żądając w zamian… kleju: „Wielki mistrz Ulrich von Jungingen daje Wam te dwa nagie miecze i wszystko co chcecie, i uprzejmie zapytuje sze Pana, czy w zamian nie dostałby waszego kleju do glazurra, bo ten nasz, krzyżacki, do niczego sze nie nadają”.

Reklamie tej natychmiast zarzucono prostackie szermowanie negatywnym stereotypem Niemca. Firma Henkel Polska złożyła nawet oficjalny protest do Komisji Etyki przy Radzie Reklamy. Ta jednak wykazała się większym poczuciem humoru i skargę oddaliła. Sam filmik nawiązuje zresztą nie tylko do historycznej bitwy, ale także ekranizacji Krzyżaków. Szczególnie wyraźnie jest widoczne na końcu reklamy, gdy bracia zakonni ze śpiewem na ustach: „Atlas to najlepszy klej, tamdaradej…” i wozami wyładowanymi klejem powracają do zamku w Malborku. Wiemy już, dlaczego przetrwał on do naszych czasów.

Rycerze niemieccy pojawili się ponownie w reklamie piwa Lech, gdzie konotacji z literaturą właściwie już nie było, ale negatywny (choć niebywale zabawny) stereotyp pozostał. Akcja tego arcypomysłowego filmiku toczy się pod Grunwaldem w lipcu (choć nie wiedzieć czemu na materiale widzimy śnieg) 1410 roku. Posłańcy Wielkiego Mistrza Zakonu przybywają do polskiego obozu z dwoma nagimi mieczami, tłumacząc polskiemu królowi, że ich pan jest Mistrzem wojny. Władcy zasiadają więc do stołu i zaczynają grać …w karcianą wojnę, popijając piwo Lech. Być może reklamy nie wyemitowano publicznie, aby nie pogorszyć stosunków polsko-niemieckich, ale biła ona rekordy popularności na serwisie Youtube.
­ Inne przykłady haseł (a próbowano przy pomocy Mickiewicza reklamować papierosy Lucky Strike: „Jedzą, piją, Lucky palą” i spodnie Lee: „LEEtwo, ojczyzno moja”) świadczą o wyraźnym prymacie literatury świetnie znanej i obecnej w kanonie lektur, bo i tego rodzaju przekaz ma docierać do jak najszerszego „targetu”. Według Pęczaka, w ostatnich 10 latach twórcy rodzimych reklam przestawili się jednak na używanie języka potocznego, wymyślając proste slogany, często o charakterze informacyjnym, w najlepszym razie trawestacje funkcjonujących powszechnie porzekadeł. Finezją nie grzeszy przecież stylizowane na quasi-młodzieżowy slang hasło, że „Królewskie rządzi”. Z zestawienia reklam i sloganów wyłania się tendencja tyleż wyraźna, ile osobliwa: najpierw wyemancypowały się spod kurateli sztuki literackiej, by poigrać ze znaczeniami słów, a na końcu ich bazą i tak stały się komunikaty, które niczego poza emocjami nie komunikują. Heyah!

Litwini już nie będą ubrani w skóry

Litwini chcieli uczcić 600. rocznicę zwycięstwa nad Krzyżakami filmem epickim i zrealizowanym z dużym rozmachem. Sęk w tym, że za cudze pieniądze. Skrzydeł do tego trudnego dzieła dodawały im zbliżające się aż dwie historyczne rocznice: wszak w 2009 roku świętowali tysiąclecie swego państwa, teraz nadchodzi okrągła rocznica Grunwaldu. Marzył im się zresztą dramat przedstawiający nie tylko bitwę, ale też okres tworzenia się państwowości litewskiej.

Zrealizowanie Dnia Żelaza rząd litewski uczynił niemal punktem honoru. Rozpisano konkurs na superprodukcję, po czym Rządowy Komitet Planowania Strategicznego ostatecznie zdecydował się na realizację filmu o Grunwaldzie – Żalgirisie. „Scenariusz koncentruje się na ewolucji stosunków książąt litewskich, odzwierciedla zbliżenie dwóch osobowości i dwóch państw, które pomogło skoncentrować siły do walki z groźnym wrogiem” – objaśniał koncepcję dzieła „Kurier Wileński”. Film, w którym architektem zwycięstwa miał być Witold, a nie Jagiełło, reżyserować miał absolwent moskiewskiej szkoły filmowej, Raimundas Banionis. „Nie ma wątpliwości, że w odróżnieniu od nakręconego pół wieku temu polskiego filmu Krzyżacy w reżyserii Aleksandra Forda, Litwini już nie będą ubrani w skóry i nie będą się czołgać u stóp polskiego króla Jagiełły” – triumfował tygodnik „Veidas”. Nawet litewscy krytycy obawiali się jednak, czy film kręcony na zamówienie polityków nie będzie jedynie nudną, jubileuszowa laurką.

Raison d’être epopei było znalezienie przez litewski MSZ partnerów strategicznych w Polsce, Rosji, Niemczech i na Ukrainie. Najbardziej zaawansowane rozmowy toczone były z państwem Łukaszenki. „Po raz pierwszy zostanie pokazana rola naszych przodków w bitwie. Dotychczas sława zwycięstwa pod Grunwaldem była dzielona między Polskę i Litwę” – reagowała wtedy „Biełaruskaja Niwa”, organ tamtejszego rządu. – Scenariusz powinien przedstawiać historie narodów litewskiego i białoruskiego oraz ich wkład w zwycięstwo – potakiwał minister kultury Białorusi, Paweł Łatuszka.

Obie kooperujące przy filmie strony podchodziły do tematu niezwykle poważnie. Ich wkład i właściwie rozłożone akcenty scenariusza dopracowane miały zostać przez specjalny białorusko-litewski zespół, który miał zaprojektować, a następnie odpowiednio rozłożyć akcenty fabuły. Postulowano nawet, by film miał dwóch reżyserów, co miało zapobiec ewentualnym próbom przechylenia ciężaru ideowego filmu na którąkolwiek ze stron. Również białoruska cenzura bez wątpienia chciała mieć wpływ na efekt końcowy. W tamtejszej produkcji o średniowieczu – filmie „Anastazja Słucka” – nie było na przykład biało-czerwono-białych sztandarów z Pogonią, historycznym godłem Litwy – ale także Białorusi. Dlaczego? By nie wywoływać niepożądanych aluzji do dnia dzisiejszego, kiedy to milicja rozpędza demonstrantów z tymi symbolami. Wszystko wskazywało na to, że uznawany na Białorusi i Litwie za zdrajcę Jagiełło w myśl doraźnego sojuszu politycznego zostanie odsunięty od dowodzenia bitwą, a ster batalii spocznie w rękach bohatera obu filmujących narodów – księcia Witolda. Nie wszyscy jednak podzielali optymizm władz. – Jak słyszę o powołaniu komisji, o uzgadnianiu scenariusza, to mam wrażenie, że będziemy mieli do czynienia z jakąś uśrednioną historią. Czy to będzie ciekawe? – zastanawiał się białoruski reżyser Nikołaj Chalezin.

Według Litwinów istotą problemu jest właściwa ocena wkładu sił Białorusi i Litwy w ostateczny pogrom rycerzy w białych płaszczach. Historyk Europejskiego Uniwersytetu Humanistycznego Aleś Samlanczuk wyjaśniał, że prezentowanie Grunwaldu jako zwycięstwa przede wszystkim polskiego oręża jest nadużyciem. Ta celuloidowa lekcja historii miałaby spore szanse wyrównać proporcje udziału strony białorusko–litewskiej w tej batalii i utrwalenia słusznej wizji w świadomości potocznej.

A jednak białoruski sojusz spalił na panewce. Niezrażeni tą porażką i sygnalizowanym brakiem zainteresowania Warszawy udziałem w takim projekcie producent i wiceminister kultury Litwy i tak odwiedzili w październiku ubiegłego roku naszą stolicę z propozycją współtworzenia filmu. Przyznawali wtedy, że przy produkcji filmu o Grunwaldzie to współpraca z Polakami jest bardziej logiczna aniżeli z Białorusinami. Zdawał się zapominać, że między historykami Polski i Litwy w kwestii Grunwaldu występowały zawsze znaczne sprzeczności, od których nie są zresztą wolni nawet sami historycy litewscy. Po powrocie z Warszawy z pustymi rękoma zawiedziony producent mówił, że w obecnej sytuacji film na pewno nie powstanie na rocznicę 600-lecia bitwy, tak jak zakładano. Nie wie także, czy zostanie on zrealizowany w 2011 roku.

Przyjrzyjmy się prawdziwej przyczynie, bo nie o politykę, a o finanse tu idzie. Początkowo budżet pełnometrażowego obrazu miał wynosić 17 mln litów (czyli około 5 mln euro). Teraz, pomne kryzysu, litewskie ministerstwo finansów rozważa możliwość przyznania projektowi jedynie 3,5 mln litów (około miliona euro). Jak na kino kostiumowe o epickim rozmachu jest to suma nie tyle niepoważna, co wręcz śmieszna. Dla porównania: 7 milionów dolarów kosztował, nominowany do tegorocznego Oscara kameralny komediodramat braci Coen A Serious Man – modelowy przykład kina pozbawionego gwiazd i fajerwerków technicznych. Dopóki zatem natchnieni piewcy poprawiania historii będą dysponować tylko takimi budżetami, możemy spać spokojnie. Nikt nam Grunwaldu nie skradnie.

Tylko czy nam w ogóle na nim jeszcze zależy? Czym on jest teraz dla Polaków? Ten krótki przegląd jego recepcji dowodzi, że historia nabiera tu szerszej wymowy. Nie tylko jest świadectwem dawnej chwały, ale przede wszystkim ukazuje mechanizmy działające w polskim społeczeństwie ostatniego półwiecza. Społeczeństwie zakompleksionym, skorym do rewanżyzmu, bezmyślnego i bezrefleksyjnego podchodzenia do „świętości narodowych”, ale i niewolnym od gombrowiczowskiej drwiny. Niezbyt odkrywcze to wnioski.

Grunwald jest młodym pokoleniom po prostu niepotrzebny, bo nie definiuje już nowych generacji. Również w szkole stał się symbolem propagowania pewnych nieczytelnych już dla młodzieży wzorców zachowań i postaw, a nie objaśniania rzeczywistości przez historię. Tylko rozważny wobec niej dystans (mówię to z pozycji nauczyciela, który przebył drogę nauczyciela akademickiego, gimnazjalnego i licealnego) sprawi, że edukacja przestanie być anachroniczna, bo da uczniom poczucie jedności i tożsamości z tym, co się dzieje w ich życiu. Jeśli tego zabraknie, pokażemy młodzieży, że tak naprawdę nie chcemy mówić o nich, skupiając się wyłącznie na wskazywaniu norm. Bezrefleksyjne pokazywanie pustych (choć najświętszych) wzorów nigdy nie przełoży się na rzeczywistość młodych. Gwarancję rozwoju społecznego utrzymamy zaś tylko wtedy, gdy historia będzie nadal służyć poznawaniu nas samych i naszej roli w świecie.

Na pomniki z dystansem umiał patrzeć już Stanisław Wyspiański. I widział dalej i głębiej niż Sienkiewicz.

Wykorzystane źródła i cytaty: www.krzyzacy.interia.pl; www.lodzkaliska.pl; www.wajda.pl; M. Łuczak, Miś, czyli świat według Barei; M. Pęczak, Ideał sięgnął bruku; Z. Pietrasik, Krzyżacy skrzyżowani; A. Poczobut, Pod Grunwaldem, czyli Żalgirisem; Słownik filmu red. R. Syska; K. Śmiałkowski, Grunwald na wesoło; A. Werner, To jest kino oraz internetowe archiwa „Polityki”, „Newsweeka”, „Gazety Wyborczej” i „Dziennika”.

Autor: Ryszard Klimko, historyk literatury, krytyk muzyczny i literacki, polonista w warszawskim XIII LO. Konsument popkultury. Przygotowuje rozprawę doktorską o szatanie w dziele Mickiewicza.

Artykuł pochodzi z Nr 3 dwumiesięcznika „Wiadomości Historyczne” (wydanie: maj/czerwiec’ 2010).