• Wyślij znajomemu
    zamknij [x]

    Wiadomość została wysłana.

     
    • *
    • *
    •  
    • Pola oznaczone * są wymagane.
  • Wersja do druku
  • -AA+A

Rewolta grudniowa a tożsamość szczecińska: „Wiadomości Historyczne”

12:00, 19.12.2009
Rewolta grudniowa a tożsamość szczecińska: „Wiadomości Historyczne”

Obchody rocznicy Grudnia ‘70 w Szczecinie w 2006 roku. Fot. pochodzi z „Wiadomości Historycznych”, Nr 6 - wydanie: listopad/grud
Obchody rocznicy Grudnia ‘70 w Szczecinie w 2006 roku. Fot. pochodzi z „Wiadomości Historycznych”, Nr 6 - wydanie: listopad/grud

Podziel się:   Więcej
ERYK KRASUCKI


Trudności wstępne


Zacznę od kłopotu. Niemałego. Będzie to równocześnie usprawiedliwienie, ale też wskazanie na wyzwanie, jakiego się podejmuję. Historyk przystępujący do rozważań nad stanem świadomości społecznej dawniejszych pokoleń boryka się bowiem z niemożliwą do usunięcia wątpliwością, czy aby to, co pisze, nie jest jedynie tworem jego błędnych założeń i źle zinterpretowanych źródeł. Byłoby idealnie dotrzeć do badań socjologicznych, opisujących stan świadomości mieszkańców Szczecina, dajmy na to w roku 1945, 1956 czy 1970. Marzenie! Tyle tylko, że badań takich, o ile mi wiadomo, nie prowadzono, a i one pewnie nie byłyby w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania. Słabości sondaży, dziś, w epoce ich wszechobecności, są doskonale znane. Zostają więc dokumenty, które jedynie pośrednio informują nas o tym, jaki stempel dane wydarzenie wybiło na tkance społecznej miasta. Mamy też relacje, wspomnienia, zapiski obserwacji, to oczywiste, ale ich zwodniczość jest wszystkim doskonale znana. Po kilku latach rzeczy mają się inaczej niż w punkcie wyjściowym, a i pamięć w różnym stopniu bywa zawodna(1). Mimo wszystko spróbować warto, tym bardziej, że mierzyć się mamy często z sądami utartymi, których prawdziwość nie była poddawana jakiejkolwiek weryfikacji. Tak jest m.in. w przypadku rewolty grudniowej w Szczecinie, która, jak się powszechnie przyjmuje, miała w największym stopniu określić szczecińską tożsamość, w każdym razie zdefiniować ją na nowo. Czy tak rzeczywiście było? Spróbuję w tym szkicu choć częściowo odpowiedzieć na to pytanie.

Świadectwo urodzenia

Szczecinianie powojenni to ludzie zewsząd. Szczegółowe przypominanie pochodzenia i składu społecznego osób, które przybyły tu po 1945 r. wydaje się w tymi miejscu zbędne (2). Pożyteczniej będzie uruchomić wyobraźnię. A zatem, pomyślmy sobie o mieście, które liczy ponad 300 tys. mieszkańców, z których w krótkim czasie zostaje niewielka część. W ich miejsce nie wchodzą ludzie z sąsiedztwa, z sąsiedniego miasta czy wsi, mówiący tym samym językiem, posługujący się identycznym kodem kulturowym, ale osoby zupełnie obce, z miejsc oddalonych częstokroć, kilkaset kilometrów. Przestrzeń między drogową tablicą z nazwą Stettin a przedwojenną polską granicą to przestrzeń między obcością i swojskością, rozumianą mentalnie, narodowo i cywilizacyjnie. To również przestrzeń przygody i niepewności, która towarzyszyć będzie mieszkańcom w pierwszych latach powojennych, i która w tak silny sposób wpłynie na postrzeganie miasta. Tę niepewność zapamiętajmy dobrze, będzie ona ważnym składnikiem tutejszej tożsamości, mimo wszelkich deklaracji płynących z ust rządzących. Przybycie do Szczecina wiązało się z bowiem z wejściem w coś zupełnie nowego. Nie była to decyzja podobna do tych, jakie podejmujemy dziś. Tu wszystko było nowe i obce, a decydującą rolę w kwestii przenosin mogły odgrywać najróżniejsze czynniki, m.in. patriotyzm i uniesienie z nim splecione; przymus związany z koniecznością przyjazdu właśnie tu; również chęć wyrwania się z biedy, co było chyba najważniejszym motywem dla ludzi przyjeżdżających z Polski centralnej, w końcu przygoda, odkrycie czegoś nowego, co mogłoby się stać w niedługim czasie „umojone” (3).
Poszukiwania wspólnego mianownika

No właśnie, z owym „umojeniem” był jednak spory problem. Ludzka mieszanka, z jakiej składał się Szczecin, nie miała w sobie istotnego wyróżnika, najważniejszego spoiwa, czegoś co określiłoby ją, nawet sztucznie, ale jednak, wobec nieodległej przeszłości. Żeby nie szukać daleko, czymś takim we Wrocławiu stała się lwowskość, choć lwowiaków było tam stosunkowo niewielu. We wspomnieniach szczecinian nie znajdziemy czegoś podobnego do opisu wigilii imienin św. Mikołaja, który zamieściła w swoich dziennikach Maria Dąbrowska (4). Zabrakło tu czegoś, co zostało przeniesione z odmiennego czasu, a więc na czym można by umocować swoją tożsamość. Nie było również istotnych wydarzeń, które mogłyby cementować lokalną wspólnotę, które poruszyłyby wyobraźnię wszystkich mieszkańców. Etos pionierski, który miał istotne znaczenie w pierwszych latach po wojnie, szybko wygasł, niemałą w tym rolę odegrała „wielka polityka”. Później też żadne z wydarzeń, żaden z tzw. polskich miesięcy, ani 1956, ani 1968 r. nie był w stanie obudzić wspólnotowej wyobraźni, w takim stopniu, w jakim uczynił to przełom 1945 r. Na to wszystko nakładała się niechęć Polaków przed osiedlaniem się na Pomorzu Zachodnim i w Szczecinie, która nie była tajemnicą dla wielu. Odnotowuje ją swoich pamiętnikach nawet Nikita Chruszczow (5), a widomym znakiem braku mentalnego zespolenia szczecinian było stwierdzenie „jedziemy do Polski”, u wielu tych, którzy wybierali się z wizytą do krewnych, zamieszkujących w Poznaniu czy Kielcach.
Czego zabrakło?

W Szczecinie zabrakło również elit, które byłyby w stanie stworzyć nową mitologię Szczecina. Budowanie jej na marynistyce było czymś sztucznym i mało nośnym. Zostało z tego tyle, że jeszcze dziś wielu ludzi w Polsce sądzi, że Szczecin leży nad Bałtykiem, a więc faktycznie nigdzie. Zabrakło wielkich nazwisk i wizji, a miasto, podobnie jak i cały region, boleśnie odczuwało swoje niedoinwestowanie i brak zainteresowania ze strony władz centralnych. I niewiele w tym punkcie zmienił krótki czas po 1956 r.(6) Szczecin wciąż tkwił na marginesie Polski, a zdanie to rozumieć można na wiele sposobów. Pewnie, że część szczecinian była ze swego miasta dumna; poświadczają to wspomnienia napływające przez lata, ale czytając je możemy zauważyć pewną prawidłowość. O wiele barwniejsze i prawdziwsze wydają się opowieści o pierwszym okresie powojennym; jest w nich prawdziwe życie i emocje, im bliżej jednak lat '60. tym wszystko staje się coraz bardziej sztampowe i oficjalne. Można to wiązać z oswojeniem przestrzeni miejskiej, „małą stabilizacją”, ale też, powiedzmy to z żalem, i z rodzajem stuporu, w który popadało miasto w kolejnych dziesięcioleciach. Genius loci, ta zauważalna, mimo wszystko (!), opiekuńcza siła z pierwszych lat powojennych znika, rozpływa się gdzieś, czy, odwołując się do jej pierwotnego znaczenia, wypełza z miejskiej przestrzeni, zabierając ze sobą wyjątkowość Szczecina pierwszych lat, utrwaloną chyba najpełniej przez Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.
Nie dziwi więc diagnoza Heleny Raszki, lokalnej poetki, o pokolenie młodszej od mistrza Konstantego, która zamieszkała w stolicy Pomorza Zachodniego w 1951 r. W wierszu „Miasto, które znam” tak pisała o Szczecinie: „Żaden ptak / nie chciałby zamieszkać / w tak skalnym gnieździe. / Żaden robak / nie znalazłby w tej glebie / pożywnych korzeni. / Znam tu podziemne przejścia, / w których banici / podają sobie dłonie. / Znam labirynty naziemne, / gdzie pleni się zdrada / i trwoga. / Domy tego miasta / Niewzruszenie strzegą pozorów istnienia. / W jego ulicach kłębią się / ludzkie atrapy. / Trwa pantomima / próżni / i niespełnienia” (7). Z naszego punktu widzenia istotne jest to, że wiersz ten próbuje uchwycić szczeciński klimat sprzed 1970 r., w każdym razie pisany jest w jego kontekście. Może jest to właściwy wyznacznik jego pesymistycznego tonu, ale bez wątpienia duch miejsca i czasu nie został tu zafałszowany. Nie było to również, jak mi się wydaje, odczucie jedynie jednostkowe.
Nie można mieć co do tego wątpliwości, jeśli spojrzy się na społeczeństwo szczecińskie np. przez pryzmat wydarzeń 1968 r., kiedy to owa „pantomima próżni i niespełnienia” była widoczna w stopniu największym (8). Wystarczy poczytać ówczesne listy czy „zaufać oczom” – jak chce tego Karl Schlögel (9) – zerkając na fotografie z „marcowego” wiecu w Stoczni Szczecińskiej im. A. Warskiego, na martwotę twarzy i spojrzeń oraz na obojętność, z jaką przyjmowano najbardziej nienawistne hasła, wymierzone częstokroć przeciwko sąsiadom czy znajomym z jednej kamienicy.
Grudzień ‘70 i jego konsekwencje

W 1970 r. tę smutną i smętną ikonę lat 50. i 60. zastąpią inne obrazy, z płonącym budynkiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR na czele (10). W pamięć zapada szczególnie zdjęcie wykonane z okolic Zamku Książąt Pomorskich (11). Kłęby dymu unoszą się już na kilkadziesiąt metrów w górę i dalej na północny–wschód w kierunku Komendy Wojewódzkiej i placu Hołdu Pruskiego (dziś to częściowo również plac Solidarności), który jest nim lekko przykryty. Liczbę gapiów trudno określić, jest ich wielu, początkowo w rozproszeniu, ale im bliżej placu Żołnierza, tłum pęcznieje. To tam znajduje się centrum wydarzeń. To tam z różnych przedmiotów wyrzuconych z partyjnego budynku ułożono ognisty stos. Emocje, które towarzyszą oglądającym to nadzwyczajne zjawisko nie są czymś trudnym do odgadnięcia. „Marian wraca rozpromieniony, rozgadany – pisze w powieści „Bambino” Inga Iwasiów – Tak, był w tłumie. Tak, bał się trochę. Pod Komitetem. Poniosło go, nie mógł sobie darować. Po prostu musiał” (12). Opisywana fotografia niesie ze sobą jeszcze jedno – zapowiedź tragedii chwil następnych, w trakcie których zginie kilkanaście osób. Wiec pod komitetem, a później pod komendą milicji, ten specyficzny festyn pełen ognia i osobliwości, dobiegnie wówczas końca. W starciu z „siłami porządkowymi” dojdzie do rozlewu krwi. Jej wspomnienie będzie istotnym składnikiem społecznej pamięci. Mówić się więc będzie o „przelanej krwi robotniczej”, „krwi niewinnych”, o „krwawej rozprawie”. Trudno w naszej kulturze znaleźć lepszy nośnik mitu niż krew właśnie, o czym próbuje nas sugestywnie przekonywać w ostatnich latach Jarosław Marek Rymkiewicz (13). Bunt, który powstanie w wyniku żądań natury ekonomicznej, w wyniku niezgody na podwyżkę cen, w ciągu kilkunastu godzin stanie się czymś innym. Nic chcąc używać słów wielkich, takich jak insurekcja, choć i one padały w rozważaniach o Grudniu, wystarczy może powiedzieć rewolta, bo zawiera ono w sobie wystarczający ładunek znaczeń i sensów (14). Krótko mówiąc, po 17 grudnia 1970 r. i w dniach następnych zdarzy się zbyt wiele, aby woda mogła wrócić do swego koryta. Wydarzy się coś, co nada nowy sens społecznej pamięci miasta. Będzie to kolejne – po tym z 1945 r. – wydarzenie fundacyjne.
Zderzenie mitów

Co ciekawe, w dniach grudniowej rewolty dojdzie do symbolicznego zetknięcia się dwóch mitów, konstytuujących szczecińską tożsamość. 18 grudnia 1970 r. na łamach „Kuriera Szczecińskiego” pojawi się krótka wypowiedź Piotra Zaremby, pierwszego polskiego prezydenta miasta, człowieka, który określił i opisał, za pośrednictwem swoich wspomnień, ów pierwszy przełom w stopniu chyba największym. Przytoczmy tę wypowiedź bez skrótów: „Przez 25 lat, dzień w dzień, budowaliśmy nasze miasto dla przyszłych pokoleń, przez 25 lat, dzień w dzień, każdy nasz wysiłek szedł w to, aby wejść w drugie dwudziestopięciolecie, w którym można by było korzystać z wyników tych wysiłków. I tu nagle wiadomość o tym, że się palą te budynki, które ja z ówczesnymi kolegami ratowałem w 1945 r. od zniszczenia – że niszczy się to mienie, które stanowi wspólną własność Szczecinian, wstrząsnęło mną niewymownie. Jakże inne są możliwości i sposoby wyrażania swych wątpliwości, obaw czy nawet odmiennych zdań. Anarchizm ulicy, wprowadzenie naszego miasta na łamy światowych dzienników właśnie obecnie, gdy te nasze trwałe osiągnięcia zostały w międzynarodowej formie uznane jako fakt nieodwracalny w niedawno podpisanym porozumieniu – należy to uznać za akt godny najwyższego potępienia” (15).

Zaremba, co bezdyskusyjne, ma świadomość końca pewnej epoki w dziejach miasta. Koniec ten, a raczej jego kształt, jest dla niego nie do przyjęcia, podlega więc deprecjacji. To nie robotnicy, ale chuligani dopuścili się niegodnych czynów. To nie rewolta, ale anarchia, prowadząca do zniszczenia. I nie tyle chodzi o jeden czy drugi budynek ulokowany w konkretnej przestrzeni miejskiej, ale o budowlę symboliczną, złożoną z polskości, marzeń i trudnego do opisania wysiłku, który towarzyszył pierwszym pionierskim latom. 17 grudnia 1970 r., coś się, w przekonaniu prezydenta Zaremby, skończyło. Koniec ten ma jednak dla niego inny kształt niż dla manifestantów. Profesor Politechniki Szczecińskiej jakby zatracił zdolność dostrzegania zmiany, a może nie chce jej widzieć. Trzeba pamiętać mianowicie, że w tej wypowiedzi słychać nie tylko legendę, ale też polityka, i to polityka – uff, narażę się wielu szczecinianom – z przetrąconym w okresie stalinowskim kręgosłupem. On właśnie w jakimś stopniu egzemplifikować będzie wspomniany stupor lat 50. i 60. i to dojmujące przekonanie, że w Szczecinie nic nadzwyczajnego wydarzyć się nie może, na pewno nic, co mogłoby ujść uważnemu oku władzy.
A przecież robotnikom nie szło, wbrew temu, co wypisywano w prasie, o niszczenie tej symbolicznej budowli rysowanej w wypowiedzi Zaremby. Zadziałał tu prosty mechanizm niepamięci. Rok 1945 był dla nich symbolem już mało czytelnym, od tamtego czasu minęło przecież ćwierć wieku, spora część robotników była mniej więcej tyle samo lat, a większość przyjechała do Szczecina później, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, co ta data ze sobą niesie. Zachowane zostało jednak istotne przekonanie o wartości wspólnego. Podkreślmy więc dbałość szczecinian o ich zakłady pracy, o porządek i o mienie publiczne w trakcie obu strajków, jakie miały miejsce w Szczecinie na przełomie 1970/71 r. Ten czas często umyka z rozważań na temat grudniowego kryzysu. Mam tu na myśli przede wszystkim ogląd ogólnopolski. To krew, jak już powiedzieliśmy, najbardziej rozpala wyobraźnię. Dlatego też dominującym obrazem Grudnia’70, utrwalonym szczególnie dzięki Andrzejowi Wajdzie, stał się niesiony na drzwiach Janek Wiśniewski.

W Szczecinie jednak tak symbolicznej śmierci nie będzie, a krew nie stanie się dominującym składnikiem pamięci o rewolcie (16). Tutaj dramatis personae o określonych nazwiskach – dotyczy to zarówno zabitych, jak i przywódców strajkowych – zastąpione zostaną przez bohatera zbiorowego. Będzie więc samoorganizacja i powolne (od) zyskiwanie podmiotowości, a więc coś, czego w Gdańsku czy w Gdyni nie stanie, a jeśli już to tylko w postaci śladowej. To właśnie strajki będą chyba w największym stopniu wzmacniać szczecińską legendę Grudnia.
Republika Szczecińska

W ciągu kilku dni – między 18 a 22 grudnia 1970 r. – mieliśmy tu do czynienia z czymś, co nazwano „Republiką Szczecińską”. Ciekawe, że nie jest to lokalny twór retoryczny, ale określenia tego użył po raz pierwszy Jan Szydlak w 1971 r., członek najważniejszych partyjnych gremiów w epoce Gierka. W „Republice Szczecińskiej” ok. 100 zakładów podlegało jednemu niezależnemu ośrodkowi władzy, umiejscowionemu w Stoczni im. Warskiego, który przyjął nieformalnie nazwę Ogólnomiejskiego Komitetu Strajkowego. Do stoczni przyjeżdżali piekarze z prośbą o pozwolenia na wypiek chleba, tak samo postępowali drukarze, chcący wydać kolejny numer „Kuriera Szczecińskiego”. W mieście otoczonym przez wojsko pulsowało życie dotąd nieznane. Powstała nowa jakość, którą, podobnie jak pamięć o zmarłych, w latach następnych przechowywać będzie „szeptana mądrość miasta”, żeby jeszcze raz odwołać się do Ingi Iwasiów.

Atmosferę tamtego czasu oddają fotografie tramwajów i samochodów, na których wypisane były informacje, że stocznia stoi, że w mieście trwa strajk. Stworzony więc został nowy, alternatywny obieg komunikacyjny. W wyjątkowy klimat tamtego czasu wpisują się również obrazy ludzi stojących przy stoczniowej bramie czy płocie okalającym potężny obszar zakładu. Wymiana myśli, gestów, wrażeń, ale też możliwość uspokojenia rodziny i bycia uspokojonym. Ta sytuacja to zapowiedź tego, co wydarzy się w sierpniu 1980, kiedy to przystrojona stoczniowa brama stanie się sama w sobie przekaźnikiem i odgrywać będzie rolę centralnego miejsca zdarzeń. Nie można zapomnieć również o rozlicznych pieśniach dziadowskich, które rozpowszechniały i utrwalały grudniową legendę, przy pomocy mało może oryginalnych rymów, ale za to bardzo skutecznie.

Jedna z tych pieśni została zresztą dowartościowana w sposób szczególny, bowiem nie kto inny, ale sam Edward Gierek pokusił się o krytyczny rozbiór „Ballady szczecińskiej”. Do powstających spontanicznie piosenek dorzucić można liczne dowcipy i anegdoty. Przypomnijmy tylko krótką „Bajkę o kawusi” złożoną z zaledwie jednego zdania: „KaWu się pali!”. Pozostają jeszcze liczne ulotki i odezwy, zarówno te wychodzące od strajkujących, jak i te, które wydawała władza. Widać w nich starcie „starego” z „nowym”, walkę „stagnacji” ze „zmianą”. W ten sposób tworzył się nowy kod, łatwo rozpoznawalny przez większość szczecinian, którzy mogli (znów) powiedzieć: „jestem stąd”, „to wydarzyło się wtedy”, „widziałem to na własne oczy”, „brali w tym udział moi bliscy” (17).

Opisywanego przełomu nie należy łączyć jedynie ze zmianą mentalną, bo kiedy wydawało się, że zmieni się niewiele, wówczas gdy strajk grudniowy zakończył się faktycznie niczym, okazało się, że wyzwolona wówczas energia społeczna nie uszła w próżnię. Spożytkowano ją w niezliczonych rozmowach, wiecach i spotkaniach. Dygnitarze partyjni i ministrowie, którzy od początku stycznia 1971 r. przyjeżdżali do Szczecina, przyjmowani byli bez szczególnej atencji. Dano im do zrozumienia, że są tu, aby rozwiązać realne problemy, a nie po to, by ich oklaskiwano. Znana z lat poprzednich partyjna nowomowa przestała ludziom wystarczać, a determinacja społeczna była tak silna, że to ona w istocie doprowadziła do usunięcia ze stanowiska I sekretarza KW PZPR Antoniego Walaszka, owego znienawidzonego Grubego z jednej z grudniowych pieśni.
Drugi strajk i „inni szczecinianie”

To również (od) zyskana świadomość podmiotowości spowodowała, że robotnicy „Warskiego” nie pozwolili sobie na przełknięcie kolejnych kłamstw propagandy, która liczyła, że sprawy wróciły w dawne koleiny. Nie wróciły. 22 stycznia 1971 r. rozpoczął się drugi strajk szczeciński, skierowany przeciwko manipulacjom dokonywanym w mediach. Protest ten miał też ukazać nieudolność władzy, która nie była w stanie spełnić obietnic złożonych miesiąc wcześniej. Dokumentacja powstała w jego trakcie, skrupulatnie zgromadzona i uporządkowana, jest świadectwem olbrzymiej przemiany, jaka dokonała się w szczecińskich robotnikach. Bierność roku 1968, zastąpiła godna podziwu odpowiedzialność oraz umiejętność samoorganizacji i artykulacji żądań. Zaskakiwała również odwaga, niezbędna do tego, żeby wytrzymać presję władz, nazywających strajkujących m.in. „terrorystami”. Ale to byli już inni szczecinianie i inne miejsce. Dostrzegli to wyraźnie dwaj dziennikarze tygodnika „Polityka” – Dariusz Fikus i Jerzy Urban – którzy w głośnym reportażu ze Szczecina pisali, że zaistniała w mieście „sytuacja rozsadzała zasady politycznego kategoryzowania zjawisk do których przywyknięto” (18). Coś się naprawdę zmieniło!

Również to, że Szczecin w istocie po raz pierwszy zaistniał w Polsce jako miejsce, jako realna przestrzeń, która wcześniej była jedynie częścią politycznego konstruktu nazywanego „Ziemiami Odzyskanymi” czy „pradawnymi ziemiami piastowskimi”. Wyostrzam w tym miejscu tezę, aby była ona w pełni uchwytna. Przez lata bowiem nie udało się władzom PRL dokonać mentalnej integracji Szczecina z resztą kraju. Nie było woli, nie było też ludzi, którzy potrafiliby to zrobić. Podczas dziewięciogodzinnego spotkania z Edwardem Gierkiem w Stoczni Szczecińskiej usłyszeć można było m.in. takie spostrzeżenie: „Czy w dalszym ciągu nasz Szczecin będzie dyskryminowany przez władze centralne, nie w sensie polityczno-gospodarczym, lecz w sensie moralnym? Dlaczego o tym mówię? Ponieważ znam częściowo język niemiecki i wiele razy słyszę z Rostocka prognozy pogody dla Szczecina, ale pan Wicherek (19), który jest Polakiem, nigdy nie wspomina o Szczecinie, dlatego że szczeciniacy są z dzikiego zachodu!” (20). Nie bagatelizujmy tej wypowiedzi, w której skumulowane zostało całe rozżalenie szczecinian, pragnących swego miejsca na mentalnej mapie Polski. Przyjazd Gierka do zrewoltowanego zakładu dawał nadzieję, że w tej sprawie nastąpi zmiana. Czy nastąpiła? To pytanie na inny czas. Warto dodać jednak, że sam przyjazd Gierka wyraźnie dowartościował miasto i ożywił na pewien czas energię społeczną.

To może sąd niepopularny, ale przyjąć go musimy czy nam się to podoba, czy nie. „To była jednak wspaniała atmosfera – mówił po latach Mieczysław Dopierała, przewodniczący pierwszego strajku w Szczecinie – O co bym się nie zwracał do władz terenowych, partyjnych lub kolegów, nikt nie odmówił. Pomagano chętnie. Był jakiś entuzjazm. Nowej ekipie zawierzono” (21). Zyskało miasto, zyskał Gierek, który dzięki swemu brawurowemu wystąpieniu w stoczni otrzymał najprawdziwszą legitymację do sprawowania władzy. Wspomnienie tego wystąpienia będzie żyło bardzo długo, aż do pierwszych kłopotów ekipy gierkowskiej, kiedy to jego gwiazda zacznie wyraźne blaknąć. Jedno wszak pozostanie trwałe – wyobrażenie Szczecina jako miejsca niepokornego, z którym powinna się liczyć każda władza. Ta opinia znajdzie potwierdzenie w wydarzeniach z roku 1980, częściowo również tych z 1988.
Powrót ze stanu zapomnienia

Warto też pamiętać, że za sprawą rewolty grudniowej Szczecin wrócił nie tylko w obręb polskiej świadomości. Identyczny proces mieć będzie miejsce w przypadku oglądu zewnętrznego. Bodaj po raz pierwszy od marca 1946 r., od słynnego wykładu Winstona Churchilla w Fulton („From Stettin in the Baltic to Trieste in the Adriatic an iron curtain has descended across the Continent”22), Szczecin miał szansę zaistnieć w wyobraźni Europejczyków. O wydarzeniach rozgrywających się na polskim Wybrzeżu, również w Szczecinie, pisać będzie obszernie „Le Monde” i „Der Spiegel”.

W styczniu 1971 r. Edmund Bałuka, przywódca styczniowego strajku, udzieli wywiadu m.in. turyńskiej „La Stampie”, a w europejskich pismach związkowych – francuskim „La Vie Ouviérs” i szwedzkim „Metallarbetaren” – pojawią się bogato ilustrowane w fotografie reportaże, opisujące walkę szczecińskich robotników o swoją godność. Swoistą furorę na Zachodzie robić będzie zapis spotkania strajkujących z „Warskiego” z Edwardem Gierkiem. W różnych formach pojawi się on m.in. w języku francuskim, angielskim, włoskim, duńskim czy szwedzkim. Wieści o tym, co działo się w Szczecinie, dotarły zresztą również za ocean, trafiając na czołówki gazet w Stanach Zjednoczonych23. Ostatni przykład jest dość znamienny, bo ilustruje kręte ścieżki, jakimi odbywał się powrót Szczecina na mentalne mapy świata. Mam oto przed sobą broszurę zatytułowaną „Poland: 1970–1971. Capitalism and Class Struggle” wydaną przez syndykalistów z Detroit w 1977 r. Jest to tłumaczenie pracy publikowanej wcześniej we Francji. Na okładce widać ludzi przyglądających się płonącemu budynkowi KW PZPR w Szczecinie, a w samej pracy znajdziemy też krótki, choć w wielu miejscach niezgodny z faktami, opis sytuacji politycznej i społecznej z lat 1970/71. Nie pominięto również charakterystyki samego miasta i zdjęć, które przybliżały lepiej jego charakter. Dla ubarwienia tej historii dodam, że moja broszura opatrzona jest jeszcze pieczęcią biblioteki anarcho-syndykalistów z Melbourne i właśnie z Australii trafiła ona do Polski. Można oczywiście narzekać, że mieliśmy do czynienia ze stosunkowo krótkim i wąskim odbiorem szczecińskiego przekazu, ale fakt pozostaje faktem – Szczecin zaistniał w wyobraźni osób pochodzących z zewnątrz. I wbrew temu, co mówił Piotr Zaremba, nie było w tym nic złego.
Zakończenie

Kończąc te rozważania nad wpływem rewolty grudniowej na szczecińską tożsamość, chciałbym zadać pytanie: a dziś? co z tego wielkiego uniesienia zostało? Każdy mit ulega, co starałem się pokazać, powolnemu wypaleniu. Również sama opowieść o rewolcie grudniowej, nam jak pisze Artur D. Lisowacki, „umyka” (24). Grudzień’70 staje się jednym z wielu wydarzeń, na coraz mniej zrozumiałej, zwłaszcza dla młodych ludzi, mapie historii PRL-u. W badaniach prowadzonych w szczecińskich szkołach ujawniła się niemal zupełna niepamięć o roku 1970 i 1971 (25). Jest to jednak zjawisko naturalne. Tak wiele czasu minęło, tak bardzo zmieniła się Polska i Szczecin, że symbolika i emocje sprzed kilkudziesięciu lat przestały być zrozumiałe. Niewiele w tym względzie zrobić da się poprzez edukację. To nie pesymizm, ale realizm. Tak jak w 1970 r. przestawała działać magia roku 1945, tak samo dzieje się współcześnie z wydarzeniami grudniowymi. Negatywnie na pamięć o rewolcie wpłynęło również jej upolitycznienie i zbanalizowanie, czego dobrym przykładem są korowody wokół postawienia wątpliwego estetycznie pomnika poświęconego ofiarom Grudnia ’70. Miastu wyraźnie potrzeba nowego przełomu i życzyć sobie tylko można, żeby nie miał on tak dramatycznego wymiaru, jak ten poprzedni.
Przypisy:
1). Zob. M. Kurkowska, Archiwa pamięci - oral history "Historyka" 1998, t. XXVIII, s. 67-76.
2). Zob. m.in. S. Kaczkowski, Stosunki ludnościowe Szczecina w latach 1945-1955, Warszawa 1968; T. Białecki, Ludność, [w] Dzieje Szczecina, t. IV: 1945-1990, pod red. T. Białeckiego i Z. Silskiego, Szczecin 1998, s. 161-188.
3). Zob. Historia. Przestrzeń dialogu, Warszawa 2006, s. 120.
4). M. Dąbrowska, Dzienniki powojenne 1945-1965, t. II, Warszawa 1996, s. 159-160.
5). Memoirs of Nikita Krushchev, vol. 3: Statesman 1953-1964, ed. S. Krushchev, Pennsylvania State University Press 2007, s. 637-638. 6). Zob. A. Makowski, Pomorze Zachodnie w polityce gospodarczej Polski w latach 1950-1969, Szczecin 2006, s. 211-341.
7). H. Raszka, Daty, wydarzenia, wiersze, "Morze i Ziemia" 1981, nr 2.
8). Zob. E. Krasucki, Żydowski Marzec'68 w Szczecinie, Szczecin 2008; tegoż, Prowincjonalny Marzec. Specyfika szczecińskich wydarzeń z 1968 r., [w] Rok 1968 na Pomorzu Zachodnim, red. R. Kościelny (w druku).
9). K. Schlögel, W przestrzeni czas czytamy. O historii cywilizacji i geopolityce, Poznań 2009, s. 267-271.
10). Spośród prac, które prezentują faktografię dotyczącą wydarzeń 1970/71 r. w Szczecinie polecić można: A. Głowacki, Kryzys polityczny 1970 roku w świetle wydarzeń na Wybrzeżu Szczecińskim, Szczecin 1985; J. Eisler, Gru dzień 1970. Geneza, przebieg, konsekwencje, Warszawa 2000; M. Paziewski, Rewolta uliczna 17-18 grudnia '70 w Szczecinie, [w] Pomorze Zachodnie w tysiącleciu, pod red. P. Bartnika i K. Kozłowskiego, Szczecin 2000, s. 417-445.
11). Zob. fotografia nr 116 w: M. Machałek, P. Miedziński, Zbuntowane miasto. Szczeciński Grudzień'70 - Styczeń'71, Szczecin 2008, s. 64-65.
12). I. Iwasiów, Bambino, Warszawa 2008, s. 241.
13). J. M. Rymkiewicz, Kinderszenen, Warszawa 2008.
14). Zob. J. Eisler, "Polskie miesiące" czy li kryzys (y) w PRL, Warszawa 2009, s. 67-81.
15). Potępienie aktów wandalizmu, bandytyzmu i chuligańskich ekscesów. Wypowiedzi ludzi pracy Szczecina, "Kurier Szczeciński" 1970, 18-19 grudnia.
16). Za próbę przeniesienia wyobraźni szczecinian w przestrzeń żałoby, uznać można film "Skarga" Jerzego Wójcika, wybitnego polskiego operatora i reżysera, który opowiadał historię Grudnia'70 przez pryzmat śmierci i pogrzebu Stefa na Sawickiego, zabitego pod Stocznią Szczecińską 16-letniego ucznia Technikum Budowy Okrętów. Por. M. Machałek, Film fabularny "Skarga" w reż. Jerzego Wójcika jako źródło wiedzy o dramacie szczecińskiego Grudnia'70, [w] Szczecin - źródła wiedzy o historii miasta. Od archeologii do czasów najnowszych. Pierwsza Konferencja Edukacyjna, Szczecin 9 XII 2009, pod red. K. Rembackiej, Szczecin 2009, s. 79-87.
17). Zob. E. Krasucki, Grudzień’70 w Szczecinie i jego następstwa, [w] Szczecin. Grudzień’70–Styczeń’71. Materiały edukacyjne, pod red. M. Machałek i K. Rembackiej, s. 6–10.
18). D. Fikus, J. Urban, Szczecin, „Polityka” 1971, nr 5.
19). Wicherkiem nazywano Czesława Nowickiego (1922–1992), niezwykle popularnego w latach 60. i 70. XX w. prezentera pogody w Telewizji Polskiej.
20). Rewolta szczecińska i jej znaczenie, oprac. E. Wacowska, Paryż 1971, s. 107.
21). L. Popielarz, Człowiek Grudnia, „Morze i Ziemia” 1988, nr 50.
22). Cyt. za: http://www.historyguide.org/europe/churchill.html
23). Zob. P. S. Wandycz, The United States and Poland, Harvard University Press 1980, s. 390.
24). A. D. Liskowacki, Grudzień 70: pomniki i uniki, [w] Grudzień’70/Styczeń’71 – perspektywa szczecińska, pod red. M. Kowalewskiego, E. Krasuckiego, i P. Miedzińskiego (zbiór ukaże się w 2010 r.).
25). M. Machałek, Grudzień’70 wyzwaniem edukacji regionalnej. Kilka uwag na temat świadomości historycznej młodzieży, [w] Grudzień’70/Styczeń’71 – perspektywa szczecińska.


Artykuł ukazał się w „Wiadomościach Historycznych”, Nr 6 - wydanie: listopad/grudzień 2009.