Nasze spotkania miały charakter spotkań prywatnych, przy okazji których trochę plotkowaliśmy i trochę pracowaliśmy. Jak ona mówiła, >>szuraliśmy papierami<<, po czym rozstając się mówiliśmy zwykle, że zrobiliśmy kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.
Do mnie należała też niewdzięczna rola - separowanie jej od dziennikarzy. To nie było tak, że ona nic nie mówiła, nie udzielała wywiadów tylko dlatego, że uważała, że to jest najgorszy gatunek literacki stworzony do komunikowania się z ludźmi. Ona twierdziła, tak naprawdę, że jeśli ma coś ważnego do powiedzenia, pisze o tym wiersz.
Na szczęście nie musimy o niej mówić tylko w czasie przeszłym. Są wiersze, które czekają na publikację i myślę, że jeszcze w tym roku będziemy mogli - można powiedzieć - >>usłyszeć jej głos<<.
Nikt nie był świadkiem pisania przez nią wierszy. Ona miała zeszycik, w którym zapisywała sobie pomysły. Prowadziła go - tak na oko - od lat sześćdziesiątych. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale ona kiedyś pokazała mi ten zeszycik. Tam były całe frazy, wiersze, pomysły, jakieś metafory i inne środki poetyckie. Z tego korzystała.
Za limerykami, które pisała, stała pewna filozofia życiowa. Poczucie humoru i zabawa literacka jest jakimś sprzeciwem wobec kondycji egzystencjalnej świata, ale też jest to rodzaj kokonu, w którym można się owinąć w taką bawełnę żartu i nie mówić poważnie o tym, o czym nie chce się mówić. Dla niej to był rodzaj takiego bufora". (PAP)