• Wyślij znajomemu
    zamknij [x]

    Wiadomość została wysłana.

     
    • *
    • *
    •  
    • Pola oznaczone * są wymagane.
  • Wersja do druku
  • -AA+A

Reżyser, który szeptał – wspomnienie o Januszu Morgensternie

15:57, 07.09.2011
Reżyser, który szeptał – wspomnienie o Januszu Morgensternie Krystyna Janda powiedziała o Januszu Morgensternie, że był jedynym znanym jej reżyserem, który pracował szeptem. To rzadka cecha w tym zawodzie, porównywanym przez niektórych do roli dowódcy.

Krystyna Janda powiedziała o Januszu Morgensternie, że był jedynym znanym jej reżyserem, który pracował szeptem. To rzadka cecha w tym zawodzie, porównywanym przez niektórych do roli dowódcy.

Janusz Morgenstern reżyser i producent filmowy (fot. T. Gzell/PAP)
Janusz Morgenstern reżyser i producent filmowy (fot. T. Gzell/PAP)

Podziel się:   Więcej
Pokrzykiwania reżysera, popędzanie do pracy ekipy na planie, czasem nawet brutalność, przekleństwa, to raczej typowa praktyka. Byli i są reżyserzy znani z takich zachowań. Morgenstern był ich przeciwieństwem. Słynął z nienagannej uprzejmości wobec wszystkich bez wyjątku. Był spokojny, miły, cichy, nieśmiały - do końca.

Taki spokój i równowaga emocjonalna rzadkie są u ludzi, którzy przeżyli to, co on – Holocaust. Nie są też częste w branży wymagającej agresywnej nieraz przebojowości. Kochał ciszę w każdym wydaniu. Przed laty wyprowadził się z pięknego, malowniczo położonego mieszkania na warszawskiej Starówce, bo było mu tam za głośno. Zbyt blisko pracował agregat chłodniczy. Lubił szczupłe, spokojne blondynki i taka kobieta została jego żoną – bardzo zgrabna aktorka Krystyna Cierniak.

Że ma wyobraźnię, udowodnił asystując Andrzejowi Wajdzie przy kręceniu „Popiołu i diamentu”. Wymyślił wtedy słynną, kultową dziś scenę z zapalaniem spirytusu w szklaneczkach. Nie chciał jednak dłużej pozostawać w cieniu rosnącej gwiazdy nieco młodszego, ale słynniejszego kolegi.

Dwa lata po premierze „Popiołu…” zadebiutował samodzielnie jako reżyser. Inaczej niż Wajda, który w „Pokoleniu”, „Kanale” i „Popiele i diamencie” zaczął od „wysokiego C”, od wielkiej problematyki narodowej. Morgenstern opowiedział o grupie współczesnej młodzieży artystycznej z Gdańska przełomu lat 50. i 60. Był to w Trójmieście czas ożywienia, czas pierwszej świetności Teatru Wybrzeże i sławy teatrzyku Bim Bom, który założyli Zbigniew Cybulski i Bogumił Kobiela.

Debiut Morgensterna, „Do widzenia do jutra” (1960) jest filmem dosłownie słonecznym, przepełnionym pejzażami letniego, wakacyjnego Gdańska (oraz Sopotu i Gdyni), pięknie fotografowanego przez operatora Jana Laskowskiego. U niego nawet miejsca zbanalizowane turystycznie, jak nabrzeże Motławy z drewnianym żurawiem, fontanna Neptuna czy malownicze kamieniczki ulicy Mariackiej wyglądają oryginalnie. Zakochani w sobie Jacek (Zbigniew Cybulski) i Margueritte (Teresa Tuszyńska) wędrują po rozsłonecznionym mieście, prowadzą zabawne i romantyczne rozmowy. Na drugim planie widz śledzi perypetie grupy młodych artystów z teatrzyku lalkowego.

Klimat filmu tworzy też ich naiwność i beztroska. Są jednocześnie „rozrywkowi” i nieśmiali, trochę bezczelni i delikatni, spragnieni uczuć i wrażeń, niby dorośli, bardzo dziecinni. Morgenstern, z właściwą sobie skromnością, nie planował stworzenia arcydzieła sztuki filmowej. Mimo to „wyszedł” mu jeden z najpiękniejszych filmów w polskim kinie. Pełen poezji i delikatnego humoru, z odrobiną realizmu. Tylko odrobiną, bo Morgenstern ominął właściwie realia Polski tamtego czasu. Na ekranie pojawiają się także postacie wtedy jeszcze słabo znane, które później stały się sławne: młodziutki Roman Polański, utalentowany scenograf i playboy Wowo Bielicki, Jacek Fedorowicz. Morgenstern nie zamierzał wstrząsać widownią, atakować ją, jak Wajda, wielkimi problemami narodowymi ani „dużą psychologią”. „Do widzenia…” oglądany jest chętnie i do dziś. Jego odświeżona cyfrowo wersja krąży od roku po kinach. Dzięki temu przeżywa, po pół wieku, drugą młodość.
 
 
 
...
 
Kilka lat później (1964) Morgenstern nakręcił „Jowitę”. Tym razem scenerią filmu uczynił jesienny Kraków. Zawsze miał dobrą rękę do ciekawego pokazywania miast z ich atmosferą. Także wdzięk w pokazywaniu młodych ludzi. Tym razem też mamy do czynienia z historią miłosną. I jak w poprzednim filmie jest to miłość nie do końca spełniona.

Zakochanymi są tym razem: tytułowa Jowita grana przez piękność o dziewczęcej urodzie, Barbarę Kwiatkowską, pamiętną Ewę, która „chce spać” z komedii Chmielewskiego i targany sprzecznościami sportowiec Marek Arens (Daniel Olbrychski). Podobnie jak „Do widzenia…”, „Jowita” jest mieszanką poezji, humoru i realizmu (sceny „milicyjne”). Pojawia się też Zbigniew Cybulski w roli apodyktycznego trenera, o którym mówiono i pisano, że wygląda jak starszy o 20 lat i cięższy o 20 kilogramów Maciek Chełmicki z „Popiołu i diamentu”.

Trzecim z najlepszych filmów Morgensterna jest „Trzeba zabić tę miłość” (1972). I po raz trzeci twórca wierny jest ulubionemu tematowi – historii pary zakochanych. Magda (Jadwiga Jankowska- Cieślak) i Andrzej (Andrzej Malec) są już znacznie bardziej przyziemni niż ich „odjechani” poprzednicy sprzed lat. Tłem akcji jest tym razem Warszawa, nowych bloków i starych kamienic, urzędów, sklepów, szpitali, placów budowy, zagraconych mieszkań. Bardziej siermiężna niż poetyckie Trójmiasto i Kraków z poprzednich filmów. Inna jest też atmosfera filmu – ironiczna, kpiarska, satyryczna. To sprawka autora scenariusza, prześmiewcy Janusza Głowackiego. Przekonał do swojej koncepcji lirycznego Morgensterna. I ten film, podobnie jak dwa poprzednie, doczekał się cyfrowego odświeżenia obrazu. Również krąży po polskich kinach.

Poza tą wielką trójką arcydzieł, Morgenstern nakręcił szereg filmów nie tak już kultowych, ale zawsze na solidnym poziomie. W „Życiu raz jeszcze” (1964) dokonywał – jak to się wtedy nazywało – rozrachunku z okresem „minionym” czyli ze stalinizmem. Z powodów cenzuralnych rozrachunku bardzo łagodnego. I bardzo naiwnego (komunista naraża się na represje za obronę przybyłego z Anglii lotnika RAF). W „Potem nastąpi cisza” (1966) to głos w dyskusji nad „Popiołem i diamentem”. W „Godzinie W” (1979) opowiada o Powstaniu Warszawskim. Już w nowej epoce (2000) realizuje mocny film telewizyjny „Żółty szalik”, w którym Janusz Gajos daje mistrzowski portret alkoholika.

Ostatnim kinowym filmem Morgensterna było „Mniejsze zło” (2009) dotykający tematyki lustracyjnej. Najbardziej masową publiczność zyskał jednak dzięki telewizyjnym serialom. Nakręcił 11 z 18 odcinków „Stawki większej niż życie”, „Kolumbów” i „Polskie drogi”. Mało kto pamięta, że sławne powiedzonka ze „Stawki”, dobitne kwestie Brunnera i innych barwnych postaci serialu, to także dzieło Janusza Morgensterna. O zmarłych zwykło się mówić albo wcale albo dobrze. Nie zawsze całkowicie szczerze. O Januszu Morgensternie można mówić tylko szczerze, czyli tylko dobrze. Był naprawdę cudownym człowiekiem.

Krzysztof Lubczyński