Istnieją we współczesnym przemyśle filmowym aktorzy, których kariera wiedzie od jednego przeboju kinowego do kolejnego. Ich twarze zapewniają pierwsze miejsca na listach box office, ale role nie zawsze przekonują. Są również aktorzy, dla których film czy teatr są wezwaniem do metamorfozy. Nie potrzebują przy tym gwiazdorskiego entourage czy intensywnej reklamy. Przekonują do siebie autentyzmem, umiejętnością wejścia w rolę i jeszcze trudniejszą zdolnością do zejścia ze sceny wzbogaconym o spektrum doświadczeń. To osoby, dla których sztuka aktorska jest okazją do uzewnętrznienia własnej osobowości, przemycenia w kadrach pierwiastka intymnego, w konsekwencji związania sztuki z życiem. Ta druga metoda pracy wydaje się najlepiej odpowiadać charakterystyce artysty idealnego, wrażliwego na treść codzienności, refleksyjnego, potrafiącego wnieść życie w tworzone dzieło. Jedną z takich osób jest Tilda Swinton, odtwórczyni tytułowej roli wielokrotnie nagradzanego filmu „Orlando” opartego na powieści Virginii Woolf.
Tilda Swinton zwraca szczególną uwagę androgyniczną budową daleką od standardów hollywoodzkiego kina. Jest wysoką, bardzo szczupłą, rudowłosą kobietą, która w kolejnych rolach potrafi zmieniać się jak kameleon. Świadoma swojej niejednoznacznej fizjonomii, gra na nosie kulturowym wzorcom kobiety i modelom przedstawiania płci. Potrafi wcielić się zarówno w femme fatale (jak w filmie „Michael Clayton”, gdzie zagrała zimną adwokat), jak i niezręczną transpłciową osobę („Orlando”). Współpracowała z Derekiem Jarmanem, reżyserem eksperymentującym z kinem gejowskim oraz Sally Potter udzielającą się w awangardowej grupie Feminist Improvising Group, z którą wspólnie sfinansowała „Orlando”. Grała Mozarta („Mozart i Salieri”), kobietę udającą swojego zmarłego męża („Screenplay”), chłodną i obojętną królową („Opowieści z Narnii”) czy bezpłciowego archanioła Gabriela („Constantine”). Przesuwanie przez nią granic, osuwanie się z jednej skrajności w drugą, by zaraz wymknąć się wszelkim klasyfikacjom i uciec w nieokreśloność androgynicznego gestu, to powód, dla którego określana bywa mianem „kosmity współczesnego kina”.
Jedno nie ulega wątpliwości - szkocka aktorka dzięki wyjątkowej umiejętności kreacji jest jedną z czołowych przedstawicielek sztuki aktorskiej swojego pokolenia. Daleko jej do rzemieślniczego naśladownictwa. Jej naturalnym środkiem wyrazu jest usuwanie oporu ciała i realizowanie wewnętrznej potrzeby wolności. Wczesną rolą w „Orlando” udowadnia, jak istotna dla człowieka jest akceptacja własnej tożsamości, bez względu na to jak bardzo wybiega poza potoczny schemat. Tilda Swinton dokonuje tego zaskakując widza możliwościami swojej gry aktorskiej, która wydaje się być pozbawiona granic. To główny powód, dla którego warto obejrzeć kreację „Orlando”.
Emisja 14 kwietnia, godz. 23.40, TVP Kultura