- Miasto obiecało pieniądze - mówią właściciele żłobków. - Nic nie obiecywaliśmy - odpowiadają urzędnicy. Miejska kasa świeci pustkami, więc rozwiązanie tego problemu nie będzie łatwe.
W Bełchatowie żłobek jest tylko jeden. To duży problem dla rodziców. Sytuację poprawić miała ubiegłoroczna decyzja radnych o możliwości udzielenia dotacji dla niepublicznych żłobków i przedszkoli. Władze miały dopłacać do każdego malucha tyle samo, co w miejskim żłobku, czyli 1.140 zł miesięcznie. Z dotacji postanowiła skorzystać pani Izabela. Wzięła kredyt bankowy i rozpoczęła przygotowania.
Żłobek wystartował w listopadzie ubiegłego roku dla ponad trzydzieściorga maluchów. Do tej pory jednak pani Izabela dotacji z miasta nie dostała. Jak twierdzi - zamiast obiecanych pieniędzy były tylko kolejne, mało precyzyjne pisma odsuwające w czasie przekazanie środków.
Janusz Mękarski, wiceprezydent Bełchatowa odpowiedzialny za edukację twierdzi, że z Izabelą Siut rozmawiał kilkukrotnie. Jego zdaniem kobieta niezbyt dokładnie przeczytała treść uchwały, bo ta nie dawała gwarancji dotacji.
W budżecie miasta po prostu nie ma pieniędzy, które wystarczyłyby na zapewnienie opieki każdemu dziecku uczęszczającemu do niepublicznych placówek. Dotacja dla prywatnego żłobka, jeżeli będzie, to dużo mniejsza. Według właścicieli placówkę trzeba będzie zamknąć, podwyżka czesnego nie wchodzi w grę.
Na przygotowanie żłobka pani Sylwia wydała ponad sto tysięcy złotych, daje pracę siedmiu osobom.
Pani Izabela z przekąsem mówi, że nie powinna wykazywać się przedsiębiorczością i dalej pobierać zasiłek dla bezrobotnych. Chciała dobrze. Przez kilka miesięcy pomogła wielu młodym rodzicom - osoby bez pracy swoje dzieci mogły do jej żłobka przyprowadzać za darmo. Miejski żłobek takiej możliwości nie daje.
M.Markowska - ŁWD