W elbląskim porcie trwa zimowa przerwa, ale jak tylko stopnieje lód, port wróci do pracy. Wciąż będzie mógł nadrabiać stracone lata, kiedy swobodna żegluga po Zalewie Wiślanym była wstrzymana. W ciągu pierwszego roku po zniesieniu zakazu, przeładowano tu sześćdziesiąt cztery tysiące ton towarów. W ubiegłym roku prawie dwa razy więcej.
- Aby stanąć zupełnie twardo na dwóch nogach potrzebne nam są bezwzględnie odprawy fitosanitarne i weterynaryjne – mówi Arkadiusz Zgliński, dyrektor Portu Morskiego w Elblągu.
Wtedy liczba przeładowywanych tu towarów może zwiększyć się nawet o dwieście tysięcy ton. Głównie chodzi o śrutę i pszenicę. Zabiegają o to firmy - zarówno polskie, jak i niemieckie oraz rosyjskie.
- W tej chwili jesteśmy na etapie bilansowania się portu w Elblągu, po zwiększeniu znacznego przepływu towarów moglibyśmy mówić śmiało o tym, że port przynosiłby zyski – mówi Grzegorz Nowaczyk, prezydent Elbląga.
A tak traci - i to bardzo dużo. Tylko w ubiegłym roku było to około siedmiu i pół miliona złotych.
- Na co składają się przede wszystkim opłaty celne, opłaty kontroli weterynaryjnych czy fitosanitarnych, opłaty portowe i przeładunkowe, które już bezpośrednio wpływają do miasta Elbląga, do regionu, do województwa warmińsko mazurskiego – dodaje Arkadiusz Zgliński.
Co ważne - nie ma potrzeby stworzenia tu odrębnej placówki. Służby mobilne i fachowcy pracujący w Elblągu wystarczą. Samorządowcy starali się też o odprawy fitosanitarne na przejściu granicznym w Grzechotkach, ale tu nie zanosi się na zmiany, bo według wojewody koszty byłyby za duże.
- To około szesnastu milionów złotych, koszty utrzymania 2,5 mln, dochód z tytułu odpraw fitosanitarnych i weterynaryjnych 96 tysięcy za rok – mówi Marian Podziewski, wojewoda warmińsko-mazurski.
Odprawy fitosanitarne w województwie przeprowadzane są na razie tylko na przejściu w Bezledach.
MD, opr. KS