Obowiązkowa rozgrzewka, do tego pianka, płetwy, maska i można pływać. Dziś morsy tylko ćwiczą, ale 16 listopada rozpoczną wielki spływ. Start w Czechach, w okolicach Ostrawy, meta w Szczecinie. Do pokonania 741 kilometrów.
- Czego się boimy? Jakiegoś psikusa aury, bo gdy lód skuje wodę, to nie dopłyniemy – mówi Janusz Tyka, mors z Dębowej.
Kędzierzyńskie morsy do wyprawy szykują się już od kilku miesięcy, ale to dopiero drugi trening przy asekuracji łodzi. A te będą towarzyszyć morsom przez cały spływ.
- Mors będzie płynął między dwoma statkami, będzie zabezpieczony jeszcze małą motorówką Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, więc w razie potrzeby pomoc zostanie mu udzielona w ciągu sekundy – zapewnia Jan Szefer, kapitan jachtu motorowego.
Dla morsów przez ponad dwa tygodnie domem będzie statek. Podczas spływu śmiałkowie chcą nie tylko promować miasto, z którego pochodzą, ale chcą też zwrócić uwagę na konieczność uregulowania rzeki, którą będą płynąć. To dla nich wyprawa życia.
- Na pewno się boję, bo nie znam całej Odry, nie wiem, co mnie czeka – wyraża swe obawy Teresa Jaworska.
Bo tu nikt nie zapomina o tym, że Odra to rzeka pełna niespodzianek.
Patronat nad wielkim spływem objął między innymi przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek.
- Życzcie nam szerokiej Odry – mówią jednym głosem morsy.
No to szerokiej Odry, pomyślnych prądów i sprzyjającej temperatury.
Dominika Sala – Wójcik
red.MC 