• Wyślij znajomemu
    zamknij [x]

    Wiadomość została wysłana.

     
    • *
    • *
    •  
    • Pola oznaczone * są wymagane.
  • Drukuj

31.07.2009

„P.P.P.”

Autor: Jacek Dąbrowski,

Czyli „Przyszłość Polskiego Pływania”. To górnolotne określenie pasuje, ponad wszelką wątpliwość, do Radka Kawęckiego. Osiemnastoletni grzbiecista od prawie dwóch lat robi furorę na krajowym „podwórku”, a teraz szturmem wywalczył miejsce w światowej czołówce na 200 metrów.

W finale 18-letni pływak miał niezwykle trudnych rywali (fot. PAP/EPA)

Każdy z trzech startów Radosława w Rzymie radował nasze serca. Nie tylko z powodu samych wyników, choć te były, jak na polskie realia, imponujące, ale także z uwagi na nowoczesny, „światowy” styl pływania: dobry start, znakomite nawroty i skuteczne wykorzystanie – zgodne z obecnymi przepisami – nóg jak do delfina. W eliminacjach Kawęcki zbliżył się do własnego rekordu Polski (oraz rekordu Europy juniorów), zajmując z czasem: minuta 56 sekund i 74 setne siódme miejsce. „Oczko” wyżej plasował się po półfinale, w którym złamał barierę minuty i pięćdziesięciu sześciu sekund.

W decydującej batalii o medale stanął na słupku startowym obok niemal wszystkich gigantów tej konkurencji w ostatnich latach: Ryana Lochte’go, Aarona Peirsola, Arkadija Wiatczanina czy też Stanisława Dońca. Zabrakło jedynie Austriaka Markusa Rogana, który jest bliski zakończenia kariery i wystartował w Rzymie tylko dlatego, że od kilku lat rezyduje w Wiecznym Mieście. Na 200 metrów odpadł już w eliminacjach, notując 27-my wynik. Ten niezwykle sympatyczny zawodnik (miałem okazję przekonać się o tym, przeprowadzając z nim wywiad podczas MŚ na krótkim basenie w Manchesterze) myślami jest przy czekającej go w USA karierze biznesmena.

Oprócz Kawęckiego w finale znalazł się w nim jeszcze tylko jeden „młokos”, starszy od Polaka tylko o półtora roku Japończyk Ryosuke Irie. Ale on błysnął już w Pekinie, zajmując na igrzyskach piąte miejsce. Teraz uczynił znaczący krok naprzód: finiszował na drugiej pozycji, rozdzielając na podium dwóch Amerykanów. Wielki przegrany na setkę, Aaron Peirsol, tym razem nie popełnił najmniejszego błędu i odniósł przytłaczające zwycięstwo. Rekord świata sprowadził nie tylko poniżej minuty i 53 sekund, ale nawet poniżej 1:52! Irie także popłynął szybciej od poprzedniego RŚ, a dopiero trzeci finiszował mistrz świata z Melbourne i aktualny czempion olimpijski, Ryan Lochte.

Naszego reprezentanta wyprzedzili jeszcze Rosjanie: Wiatczanin i Doniec oraz naturalizowany w Hiszpanii Holender Wildeboer. Siódme miejsce okazało się szczytem możliwości: Radek znów poprawił rekord kraju - o symboliczne dwie setne sekundy. Na dziś to kres jego możliwości, ale co będzie jutro?

Po raz pierwszy na tych mistrzostwach oglądaliśmy wieczorem aż trójkę reprezentantów Polski. Po raz drugi w Rzymie przez eliminacje przeszedł Konrad Czerniak, tym razem awansując do czołowej szesnastki na 50 metrów kraulem. W walce o finał dał z siebie wszystko bijąc o 16 setnych sekundy (21.72) rekord kraju swojego obecnego trenera, Bartka Kizierowskiego, z mistrzostw Europy w Budapeszcie. Wystarczyło to do zajęcia jedenastej lokaty, ale najbardziej znanemu pływakowi z Puław należą się i tak wielkie brawa.

Na słowa uznania zasłużyła również kaliszanka (trenująca obecnie w Słowiance Gorzów) Alicja Tchórz. Przede wszystkim za dobry start w eliminacjach, w których dzięki nowemu rekordowi Polski zajęła ósme miejsce (2:09.74). Trudy tego występu dały o sobie znać wieczorem: Ala popłynęła o sekundę i 32 setne wolniej, plasując się na ostatniej pozycji. Nie mniej warto podkreślić, że to nasza jedyna, jak dotąd, zawodniczka, która nie zakończyła rywalizacji na eliminacjach.
Jeżeli chodzi o inne poranne starty biało-czerwonych, to największe emocje przyniosła nam sztafeta 4 x 200 metrów stylem dowolnym. Przyniosła emocje, ale i rozczarowanie. Mimo poprawionego o ponad cztery sekundy rekordu kraju, a także indywidualnego rekordu Pawła Korzeniowskiego na pierwszej zmianie, Polacy zajęli dopiero dwunaste miejsce. Nie udało się więc powtórzyć osiągnięcia z Melbourne, gdzie nasi krauliści weszli do finału. Pozostałe występy biało-czerwonych w eliminacjach nie są warte odnotowania.

Odnotować koniecznie trzeba natomiast kolejny „wysyp” rekordów w wieczornej sesji. Poza wspomnianym już Peirsolem, o najlepsze wyniki w historii postarali się również: złota medalistka na setkę kraulem, Niemka Britta Steffen, aż dwie specjalistki od 50 metrów motylkiem – Holenderka Marleen Veldhuis (w I półfinale), a chwilę po niej Szwedka Therese Alshammar (w II półfinale), a także amerykańska sztafeta 4 x 200 dowolnym z Michaelem Phelpsem i Ryanem Lochtem w składzie, której do końca „na ogonie” siedzieli Rosjanie. Na pierwszej zmianie Phelps doznał prestiżowej porażki z Paulem Biedermannem (Niemiec „dołożył” mu ponad półtorej sekundy!), a co więcej stracił dziś rekord świata na sto metrów motylkiem.

W swoim półfinale był najszybszy, ale w drugiej serii nastąpił pokaz siły wielkiego przegranego olimpijskiego finału tej konkurencji, Milorada Čavicia. Serb o mały włos nie przełamał historycznej bariery 50 sekund, a do uzyskania tak znakomitego wyniku (50.01) być może natchnęła go koleżanka z reprezentacji - Nadja Higl. Mało znana Serbka sprawiła bodaj największą niespodziankę tych mistrzostw, zdobywając złoto na 200 metrów żabką. Wykorzystała nagłe załamanie prowadzącej przez większą część wyścigu Amerykanki Rebeki Soni, która ostatecznie nie znalazła się nawet na podium. Cieszą się Serbowie, cieszą także Węgrzy, gdyż w tej samej konkurencji, tyle, że u mężczyzn, triumfował Daniel Gyurta. To był – w przeciwieństwie do czwartku – bardzo udany dzień dla Europy.