Po bardzo emocjonalnym wystąpieniu podczas konferencji prasowej poprosił dziennikarzy o pięć minut przerwy. Kiedy wyszli z sali strzelił sobie w głowę. Podjęto jego reanimację. Na miejsce natychmiast przyjechała policja, żandarmeria wojskowa i prokurator. Dziennikarze zostali wyproszeni z budynku.
Wcześniej prokurator Przybył mówił, że groźby pod jego adresem to próba kneblowania prokuratury. Jego zdaniem w śledztwie nie podejmowano działań sprzecznych z prawem, a w związku z podejrzeniem działania obcych służb specjalnych i próbie dzielenia Polaków przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi podjęto działania mające na celu ustalenie rozmówców śledczych, którzy dysponowali limitowaną wiedzą dotyczącą katastrofy smoleńskiej. Podkreślał, że nie wiedział, do kogo należały telefony, o których informacje poproszono operatorów.
Płk Przybył skrytykował cywilne władze Prokuratury Generalnej, w tym jej rzecznika Mateusza Martyniuka. Stwierdził, że media są manipulowane i wpisują się w negatywną kampanię przeciwko wojskowemu wymiarowi sprawiedliwości. Powiedział, że ta kampania jest związana z szeregiem śledztw prowadzonych przez nadzorowany przez niego pion przestępczości zorganizowanej dotyczących nieprawidłowości gospodarczych w wojsku.
W poniedziałek po południu Prokurator generalny Andrzej Seremet miał ogłosić swoje decyzje w sprawie prokuratorów wojskowych z Poznania, którzy – według mediów – bez koniecznej decyzji sądu chcieli, aby teleoperatorzy ujawnili im treść esemesów m.in. dziennikarzy. Prokurator Generalny miał zapoznać się z wynikami kontroli śledztwa ws. przecieków z katastrofy smoleńskiej. Prokuratura ta miała sześć razy złamać prawo, żądając by operatorzy ujawnili jej treść esemesów dziennikarzy oraz prokuratorów. Operatorzy odmówili, bo tajemnicę korespondencji można uchylić tylko za zgodą sądu, której w tej sprawie nie było.
(po/PAP)