Solejuk z „Rancza” jest tak charakterystyczną postacią, że pewnie nie może Pan przejść ulicą albo wejść gdziekolwiek bez rozpoznania?
– Tego się nie da opisać! Coś niesamowitego! Ludzie mi się bezustannie przyglądają, pokazują sobie. Mam wrażenie, że rozpoznaje mnie cała Polska. Przecież były nie tylko miliony wiernych widzów „Rancza”, ale także takich, którzy widzieli choć jeden odcinek albo kawałek odcinka. Jestem też zagadywany i stwierdzam, że ludzie lepiej pamiętają fabułę „Rancza” niż ja. Pamiętają najdrobniejsze szczegóły.
Co Panu sprawiło największą przyjemność na planie tego serialu?
– Wszystko, miła atmosfera, świetne koleżanki i koledzy aktorzy, zabawna akcja. To najważniejsza dla mnie rola serialowa, bo duża, dająca możliwość „pogrania sobie”. Wspominam ją równie miło jak rolę Grześka Śliwka w serialu „Przyjaciele”, gdzie Andrzej Kostenko też dał nam sobie pograć.
Które role filmowe, teatralne i telewizyjne najmilej Pan wspomina?
– Poza wspomnianymi także udział w filmie „Śpiewy po rosie” Władka Ślesickiego, w „Kilerów 2-óch” Julka Machulskiego. Z teatru telewizji najlepiej wspominam rolę Jaśka w „Weselu” Wyspiańskiego, w „Przedstawieniu Hamleta we wsi Głucha Dolna” Bresana, w „Psim sercu” Bułhakowa. A z Teatru Powszechnego, gdzie byłem wiele lat, mile wspominam wszystko, głównie wspaniały zespół kolegów ze Zbyszkiem Zapasiewiczem czy Frankiem Pieczką na czele. Byłem szczęśliwy, że spotykałem się z Frankiem na planie „Rancza”, zazwyczaj na tej ławce pod sklepem.
A teraz pytanie o Sylwestra. Jak Pan spędzi tegorocznego „Sylwestra”?
– Tak jak od lat, w domu. Ale imienin nie będę obchodził, bo tak naprawdę na pierwsze imię mam Maciej i obchodzę je 24 lutego. Sylwester to moje drugie imię. W papierach mam Maciej Sylwester Maciejewski.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Lubczyński