Pamięta Pani moment, w którym postanowiła Pani zostać aktorką?
- Nie byłam dziewczynką, która przegląda się w lustrze, stoi w butach na obcasach i robi sobie teatr domowy. Zainspirowała mnie fantastyczna polonistka w moim liceum. W drugiej czy trzeciej klasie pod jej wpływem stworzyliśmy szkolny teatr. Mieliśmy dużą wolność, swobodę. Nie musieliśmy się szybko ukierunkowywać. Ja już wtedy wiedziałam, że spróbuję zdawać do wymarzonej szkoły teatralnej w Krakowie. Przyznam, że przystępowałam do egzaminu bez nadziei na to, że się dostanę. O jedno miejsce rywalizowało nawet po kilkuset kandydatów. Rezerwowo myślałam o kulturoznawstwie. Do szkoły Krakowa nie dostałam się. Po kilku latach nieudanych prób przyjęto mnie do PWST w rodzinnym Wrocławiu.
Deklaruje Pani silne związki z Wrocławiem i swoim teatrem. Tak już pozostanie? Nie nęci Pani Warszawa lub Kraków?
- W tej chwili udaje mi się połączyć pracę we Wrocławiu w teatrze i w Warszawie w filmie i serialu. Dopóki udaje mi się to pogodzić, chcę mieszkać we Wrocławiu. Tym bardziej, że mam tam całą rodzinę. Może jestem tradycjonalistką, ale myślę, że aktor powinien mieć tzw. „swój teatr”.
Ostatni okres jest dla Pani bardzo owocny także w filmie…
- To prawda. Obecne spotkanie z filmem jest dla mnie bardzo cennym doświadczeniem. Myślę o „Czterech nocach z Anną” Jerzego Skolimowskiego, „Domu złym” czy też „Róży” Wojciecha Smarzowskiego, oraz „W ciemności” Agnieszki Holland.