Co Pan chciał przekazać widzom poprzez swojego bohatera?
– Pasję pracy. Bo w takiej pracy, jaką on wykonuje, można być skutecznym tylko wtedy, gdy ma się pasję i determinację w pomaganiu innym. Nie jest to przecież praca przyjemna w potocznym znaczeniu tego słowa. To jest „łykanie” cudzych, trudnych problemów. Nie jest też dobrze płatna. Tak więc nie ma za nią ani szybkiej i łatwej satysfakcji, ani godziwych pieniędzy. Ta satysfakcja oczywiście pojawia się, ale jest odłożona w czasie i niematerialna.
Czy fakt, że Wiktor jest byłym muzykiem, ma jakieś odbicie w Pana roli?
– Niewielkie. Raczej to, że to człowiek, który ma za sobą własne niepowodzenia życiowe, nadużywanie alkoholu, kontakty z narkotykami. Człowiek, który po osobistych niepowodzeniach rzuca się w wir pomagania innym.
Chce sobie zrekompensować własne, prywatne porażki?
– Tak bym nie powiedział. Myślę raczej, że własne niepowodzenia uświadamiają mu, jak wielkie problemy mogą mieć inni, znacznie większe od jego problemów.
O pracownikach ośrodków pomocy społecznej myśli się na ogół jako o kobietach, bo one częściej są opiekuńcze…
– Toteż większość postaci „Głębokiej wody” to kobiety. Wszystkie moje panie, Magda, Agnieszka, Marta, Julia, Teresa bardzo pomogły mi znaleźć się w tej roli.
Nie boi się Pan zarzutów o odejście od realizmu w obrazie pracowników pomocy społecznej? O przesłodzenie obrazu albo nadmierne udramatyzowanie?
– Staramy się zachować jak najwięcej prawdy, ale serial rządzi się swoimi prawami i nie może kopiować filmu dokumentalnego. Powinien być atrakcyjny, a każdy z kilkunastu odcinków opowiada jakąś inną historię.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Lubczyński