Kazimierz Szumański z Przemyśla w 1985 roku trafił na pierwsze strony gazet. Pisano o nim „Rymarz”, jak zwykło się pisać o zbrodniarzach, używając ich pseudonimów lub im je nadając. Stał się przykładem spekulanta bezwzględnie wykorzystującego braki w zaopatrzeniu, a przecież tylko dostarczał bułeczki do Stubna, gdzie pracował w stadninie koni. Ta sprawa zrujnowała mu i tak niełatwe życie. W 1990 roku Sąd Najwyższy, po rewizji nadzwyczajnej wyroku, podjętej na wniosek ministra sprawiedliwości, uniewinnił go. Nie zakończyło to sprawy.
Kazimierz Szumański chorował od urodzenia, nigdy więc nie był w pełni sprawny, lecz radził sobie w życiu. Po ojcu odziedziczył zawód rymarza. Podjął pracę w stadninie koni w Stubnie. Lubił konie i znał swój fach. Dojeżdżał do pracy 30 km, z Przemyśla. Marzył o większym mieszkaniu i oszczędzał na nie. Pewnego dnia urzędnicy ze stadniny spytali, czy nie zechciałby przywozić im z miasta bułek, których do Stubna w ogóle nie dostarczano. Zgodził się. Wkrótce okazało się, że chętnych na pieczywo jest wielu. Kazimierz Szumański zaczynał od 30 bułek. Z czasem przywoził do Stubna 300 bułek i 100 rogalików. Wstawał o 2 lub 3 w nocy. Jechał do piekarni z dwoma workami. Przywoził je do domu, a potem targał do autobusu, choć miał trudności w chodzeniu. Za tę przysługę pobierał opłatę. Odbiorcy płacili nie widząc w tym nic złego. I oto został aresztowany i osadzony w więzieniu, ku zdumieniu prawdziwych przestępców.
Odbyły się trzy rozprawy. Przesłuchano 32 świadków. Kazimierz Szumański spędził za kratami 100 dni. Skazano go na dwa lata więzienia w zawieszeniu na dwa i pół roku oraz przepadek 200 dolarów na rzecz Skarbu Państwa. Jego książeczkę oszczędnościową, na której zgromadził mniej więcej trzy czwarte kwoty potrzebnej na zrealizowanie marzenia o mieszkaniu, zdeponowano w banku. Jerzy Morawski po kilkunastu latach od tamtych wydarzeń jedzie do Przemyśla i Stubna tropem tak kiedyś głośnej sprawy.
Polska 2000, 28 min
Reżyseria: Jerzy Morawski