"Objawienie", "niezwykły talent", "nadzieja" - to tylko niektóre z określeń, jakimi ochrzciła go sportowa prasa. Uznawany za jednego z najlepszych polskich piłkarzy, grający obecnie w pierwszym składzie Borussi Dortmund jako jedyny w swoim klubie nie ma nazwiska na swojej koszulce. Nikt z Niemców nie wymówiłby przecież "Błaszczykowski". Dlatego na plecach napisano po prostu "Kuba".
Niewiele osób zdaje sobie sprawę, z tego że ambitny i skromny Kuba przeżył ogromną tragedię i musiał pokonać wiele przeszkód, by stanąć na piłkarskiej murawie.
Jako dziecko był świadkiem tego, jak ojciec zadźgał nożem jego ukochaną mamę. Trafił pod opiekę wujka - piłkarza Jerzego Brzęczka i babci Felicji Brzęczkowej. To im, ale także niewyobrażalnej determinacji i ogromnemu talentowi zawdzięcza to co ma teraz.
To Jerzy Brzęczek obserwował, jak chłopiec gra w piłkę przed domem w Truskolasach. Uczestniczył nawet w gierkach z synami swej siostry toczonych na prowizorycznym boisku koło szklarni
- Gdy wujek Jurek przyjeżdżał na święta, to nawet w Wigilię graliśmy tam do upadłego - wspomina Kuba. Brzęczek nie pozwolił Błaszczykowskiemu zmarnować talentu.
W wieku 12 lat Kuba został przydzielony w Rakowie do grupy 14-15-latków. Chodził po wiele kilometrów na przystanek, by rozklekotanym PKS-em dotrzeć do Częstochowy. Szkoła, trening, trening, szkoła. I tak w kółko. Osamotniony i zagubiony Kuba w końcu zrezygnował z trenowania.
- Nie miałem już z kim pogadać o swoich kłopotach, o tym, że nie chce się iść do szkoły czy na trening. Nie było do kogo się przytulić. Z wszystkim zostałem sam - wspomina dziś czas cierpienia spowodowane śmiercią mamy. Jednak tak naprawdę przy Kubie ciągle było dwoje dorosłych, którzy zastąpili mu rodziców - Brzęczek i jego babcia.
- Kuba długo nie potrafił pogodzić się ze stratą. Był rozżalony, zbuntowany. Dzwoniłem wtedy do niego niemal codziennie - wspomina Brzęczek
To on przekonał Kubę do powrotu na boisko.
- Jakimś cudem ktoś go wtedy namówił na turniej halowy. Został tam wybrany na najlepszego zawodnika - wspomina Brzęczek.
- Rozmawialiśmy o tym długo. Mówiłem, że nie wolno mu zmarnować talentu. Przekonywałem: "Zobacz, co może się stać, jak będziesz trenował, skoro bez treningu osiągasz takie sukcesy". Kuba powiedział, że nigdy o tej rozmowie nie zapomniał - twierdzi Brzęczek.
Gdy Kuba miał 8 lat marzył - jak chyba każdy chłopak w Truskolasach – żeby wystąpić kiedyś w Olimpii Truskolasy. Nigdy tam nie zagrał, ale nie sądził przecież wtedy jak niesamowicie potoczy się jego kariera. W Rakowie Częstochowa Kuba trenował do 17. roku życia. Wtedy to kupił go do Górnik. Jednak w Zabrzu młody zawodnik nie zdołał zaistnieć. Nie dostał szansy, wrócił pod Jasną Górę, aby grać w czwartoligowym KS Częstochowa. I pewnie zostałby tam do dziś, gdyby nie wujek Jurek.
W 2005 r. Brzęczek dopiął swego. Błaszczykowski trafił na testy do Wisły Kraków. Gdy trenujący wówczas "Białą Gwiazdę" Czech Wener Liczka, orzekł, że chce pozyskać tego młodego zawodnika, kibice drwili sobie z niego mówiąc, że to na pewno wujcio za: "Po co nam Błaszczykowski? Żeby wzmocnić rezerwy?", Kuba się nie przejął. Z miejsca wywalczył sobie miejsce w podstawowej "jedenastce" zespołu mistrza Polski, błyskawicznie stał się najlepszym zawodnikiem drużyny. Gdy odchodził do Dortmundu, kibice ubolewali, że w ten sposób Wisła traci połowę swej wartości. W rzeczywistości klub spod Wawelu zrobił znakomity interes. Na sprzedaży Kuby zarobił mnóstwo pieniędzy. Kupiła go z Częstochowy za 70 tys. zł, sprzedał do Niemiec za 3,3 mln euro. Latem 2007 r. Kuba zadebiutował w Borussii. Po każdej strzelonej bramce spogląda w niebo. – Każdą bramkę dedykuję mojej mamie - mówi.